Dwór w Ferrarze (Chłędowski Kazimierz) str. 7

Sponsorzy:


alt
alt
alt
napisania rozprawy De equo animante o hodowli koni i krzyżowaniu ras, do czego materiał miał w stajniach markiza, obfitujących w konie rozmaitych zawodów. Z rozmów z Leonellem powstało jeszcze inne dzieło Albertiego, a mianowicie ów słynny traktat o budownictwie L'arte d'edificare, który się zalicza do najsławniejszych dzieł mistrza. Atmosfera więc dworu Leonella była nawet pobudzającą dla tak ożywionego umysłu, jakim był Alberti.
Dwór Leonella stał się najważniejszym literackim ogniskiem owcze snych Włoch północnych. W zamku zgromadzali się uczeni i literaci po obiedzie albo inter potandum, czasami zapraszał ich markiz do swych pałaców w Belfiore lub Bellosguardo, gdzie w cieniu dębów i wawrzynów rozprawiali o kwestiach naukowych i literackich, albo urządzał dla nich polowania, mniej zapewne dla Guarina lub Gazy, jak raczej dla młodszej drużyny. Oczywiście te zebrania były naśladownictwem Dialogów Platona. Zdawało się owym humanistom, że przenoszą zwyczaje starożytnych mędrców do cienistych ogrodów Ferrary. Do najwybitniejszych osobistości tych zebrań należał Uguccione Contrari, główny doradca Leonella, człowiek zdrowego rozumu, wielkiej rozwagi, bardzo przywiązany do markiza, tak zręczny w rzeczach polityki, że nieraz od jego planów zależały losy nie tylko Ferrary, ale i całych Włoch. Bywali tam: Feltrino Boiardo ze Scandiano, członek rodu zawsze Estom bardzo oddanego, Albert Costa bili, Giovanni Gualengo i większość profesorów uniwersytetu w Ferrarze, a z młodych wyszczególniali się bracia Niccolo i Tito Strozzi tudzież Alberto Pio z Carpi.
Strozzi, z którym się ciągle będziemy spotykali na dworze esteńskim, byli wygnańcami florentyńskimi fuoriusciti. Carlo Strozzi wraz z synem Giovannim zmuszeni byli jako przywódcy Gwelfów porzucić ojczyste miasto w chwili, kiedy Gibellini na krótki czas doszli do władzy, i za Mi kołaja III osiedlili się w Ferrarze. Legenda niesie, że jeden z ich przodków udusił (strozzare) raz jakiegoś olbrzyma, swego przeciwnika, i że stąd ich i rodzina „Dusicielami", „Strozza", a później „Strozzi" została przezwaną. Giovanni ożenił się z córką znakomitego ferraryjskiego rodu, z Kon stancją de'Costabili, a czterej jego synowie dobrze się zasłużyli domowi Estów. Najmłodszy z nich, Tito Vespasiano (ur. 1425), był równie jak Leonello uczniem Guarina, zagorzałym łacinnikiem, i wcześnie zaczął pisać łacińskie wiersze. Z całej tej młodzieży, która się zgromadzała u Leonella, miał on najwięcej talentu. Alberto zaś Pio pochodził z kondo tierskiej rodziny Piów w Carpi, w dolinie Padu, sąsiadów Piców z Miran doli. Odróżnić go należy od późniejszego Alberta III Pio, słynnego uczonego i dyplomaty, z którym się spotykamy na dworze Ercola I. Do tej
 

literackiej młodzieży za Leonella należał także Francesco Ariosto, z tego samego rodu, z którego później wyszedł wielki poeta.
W zebraniach u Leonella panował bardzo swobodny i wesoły nastrój, młodość brała górę nad klasycyzmem, obok rozbierania kwestii naukowych opowiadano sobie ulubione w XV i XVI wieku, niezbyt przyzwoite „facecje", a czasem nawet wieczorem przygrywali towarzystwu fleciści, tibicines, co Guarino w jednym ze swych listów tym się stara usprawiedliw wić, że w starożytności tak samo bywało. Dodaje oczywiście poważny pedagog, że owa muzyka nie była zmysłową, ale prostą, poważną „non lascivientem sed sobriam convivis solebant adhibere musicam". Nie podawano też wyszukanych i zbyt licznych potraw, ale okraszano obiady żartami i dowcipami naśladując znowu — uczty Sokratesa.
Główną cechą towarzyskich stosunków była urbanitas, grzeczność połączona z bardzo wykwintnymi formami, które później zwłaszcza u Hiszpanów i Francuzów, wyrodziły się w śmieszną przesadę. Guarino uczył, że człowiek nie tylko na to stworzony, aby żył vivere, ale także, aby umiał żyć z innymi convivere. Zasada nader prawdziwa i ważna w społecznych stosunkach, o której się dzisiaj często zapomina. Wówczas kładziono nacisk na dobre wysławianie się i gładkość wymowy, gdyż według Guarina człowiek nie tylko powinien być rozumnym, ale i swe myśli powinien rozumnie i gładko wyrażać.
Natomiast starożytność pod każdym względem hipnotyzowała tych ludzi, stracili oni wszelką możność wolnego myślenia, i gdy Guarino bawił raz na wsi w Valpolicella, pisał do jednego ze swych znajomych, jak dalece rozkoszuje się przyrodą, ale zarazem dodawał na swe usprawiedliwienie, że tak samo zachwycali się wsią Fabrycjusz i Cato. Idąc na przechadzkę, polując, jadąc konno, nawet ryby łowiąc, miał zawsze Wirgiliusza w kieszeni, uważał bowiem za niegodne chodzić po polach i pomiędzy trzody bez tego przewodnika, który tak pięknie rolę i bydło upoetyzował. Opis też swej willi w Valpolicella wziął prawie dosłownie z Pliniusza, który nam przekazał obraz swego największego domostwa w Toskanii.
Rzecz prosta, że humaniści pogardzali francuską, rycerską literaturą, uważali owe romanse, które tak były czytane na dworze Estów, za szkodliwe dla moralności i niegodne, aby się nimi zajmowano wobec dzieł Owidiusza. W tej mierze zgadzali się zupełnie z większą częścią duchowieństwa, które także w opowiadaniach kantastoriów widziało źródło zgorszenia. Walczono więc wspólnymi siłami przeciw romansom, a rzecz szczególna, że pomiędzy humanistami w Ferrarze najzagorzalszym przeciwnikiem rycerskiej literatury był medyk, Michał Savonarola, który się tak rozsierdził na Merlinów i Rinaldów, że w swej rozprawie
 
Confessionale radził spowiednikom, aby nie dawali rozgrzeszenia pokutnikom, „którzy się rozkoszują słuchaniem i czytaniem niepotrzebnych historii miłosnych i za dużo czasu poświęcają muzyce i świeckim śpiewom, a w święta zamiast iść na nieszpory, słuchają kantastoriów". Ale ani nawoływania humanistów, ani nauki duchowieństwa niewiele w tej mierze pomagały, lud nie rozumiał nowomodnych uczonych, którzy nie zaspakajali jego wyobraźni, i wolał opowiadania o bohaterach rycerzach aniżeli nauki Platona.
Wskutek wpływu humanistów był nawet kult Petrarki mniejszy w Ferrarze aniżeli gdzie indziej, a mianowicie nie rozwielmożnił się tak jak we Florencji, która się właściwie stała główną siedzibą petrarkistów. Za Leonella zapanowali w Ferrarze bezwzględnie łacinnicy, z małymi wyjątkami pisano wiersze tylko po łacinie, ideałem poetów stał się Owidiusz, naśladowano go co do formy i treści. A tych łacinników było tak wielu, że z Ferrary wyśmiewano się w całych Włoszech, iż tam tylu wierszokletów, ile żab w moczarach. Bartolomeo Prignano Paganelli (T. 1493) pisał:
...tot Ferraria vates
Quot ranas tellus Ferrariensis habet.
Najznakomitszym z nich był Giovanni Cesinge, Janus Pannonius), a najmądrzejszym zapewne ów lekarz, Girolamo Castelli, także uczeń Guarina, któr.y nawet w testamencie zakazał swych wierszy drukować...
ROZDZIAŁ CZWARTY
BORSO

I
„O, gloria d'Este" — powiada D'Annunzio w swej powieści Il Piacere o pałacu Schifanoia w Ferrarze. Pałac zresztą na zewnątrz nie uderza ani wielkością, ani oryginalnością architektury i tylko odrzwia głównej bramy z wielkim herbem Estów sprawiają wcale oryginalne wrażenie. Gmach istniał od dawna, wystawił go jeszcze Albert Este, dopiero Borso przebudował go w r. 1458 w ten sposób, jak go dzisiaj widzimy. „Chwały Estów" trzeba szukać wewnątrz owych skromnych ścian na pierwszym piętrze w dużej sali, gdzie się znajdują słynne freski z obrazami z życia Borsa.
Rzeczywiście te freski są jednym z najcenniejszych zabytków dworskiej sztuki z drugiej połowy XV wieku i niepowetowana szkoda, że się w całości nie utrzymały. W wieku XVIII, w epoce tynku i wapna, zabielano je i dopiero pomiędzy rokiem 1830 a 1839 część ich odkryto, gdyż potrzeba było wzorów do kostiumowej zabawy, przedstawiającej polowanie za czasów Borsa. Wtedy przekonano się o wielkiej wartości malowideł, a we dwa lata później Bolończyk Alessandro Compagnoni odczyścił to, co jeszcze nie było zupełnie zepsute.
Borso objął rządy Ferrary w r. 1450 po śmierci Leonella i panował do r. 1471. Dzieje jego są epopeją pokojową, gdyż państwo szczęśliwym zbiegiem okoliczności i dzięki rozumowi panującego nie potrzebowało prowadzić wojen z sąsiadami, a Ferrarę nazywano wówczas Terra delia pace. Borso starał się we wszelkich zawikłaniach politycznych być neutralnym, a sąsiednie państwa włoskie wzywały go kilkakrotnie jako sędziego w trudnych sprawach, mogących do wojny doprowadzić. Bez rozlewu krwi powiększył też swoje państwo, pomimo że czasy były trudne, osobliwie wskutek wygaśnięcia rodu Viscontich w Mediolanie i zawiści Wenecjan, którzy niechętnie spoglądali na wzmagającą się potęgę Ferrary. Borso jednak umiał zawsze poróżnić pomiędzy sobą nieprzyjaciół i wyzyskać ich
 
spory na swoją korzyść. Papież Paweł II mówił o nim, że Borso bez szpady i bez pieniędzy, idąc na polowanie z sokołami, wydaje wojnę komu chce i prowadzi ją skuteczniej aniżeli kto inny z pięcioma tysiącami rycerstwa. Żądny panowania i rozgłosu, miał Borso dużo zalet, ale te zalety wynikały po większej części z egoizmu panującego. Był pod tym względem podobny do Medyceuszów; gdy mu sprawiedliwość osobiście nic nie zawadzała, to lubił być sprawiedliwym, ale więcej niż o słuszność chodziło mu o sławę sprawiedliwego. Wstawał bardzo rano, a odmówiwszy ze swym kapelanem pacierze i modlitwę do Madonny, wychodził na miasto, otoczony swymi radcami i sekretarzami, aby rozstrzygać spory pomiędzy ludnością i sposobem patriarchalnym wymierzać sprawiedliwość w mniej ważnych sprawach, których nie trzeba było przedkładać sądowi. Zazwyczaj towarzyszyli mu: Teofil Calcagnini, którego mianował kawalerem złotej ostrogi na gwiazdkę r. 1465, i tajni radcy: Lorenzo Strozzi, Agostino de Bonfranceschi da Rimini, tudzież Prisciano de Prisciani. Ludność się do niego garnęła, każdy mógł się na ulicy przed nim użalić i prośbę mu swoją przedłożyć. Tak dalece dbał o tę sławę „sprawiedliwego", że czasami bywał w tej mierze trochę teatralnym. Opowiadają o nim następującą anegdotę: Razu pewnego marszałek dworu nie zapłacił rzemieślnikom za kilka przedmiotów, które do zamku dostarczyli. Rzemieślnicy zwrócili się do Borsa, który sam sprawę oddał do sądu, kazał się uznać winnym i zwrócić rzemieślnikom, co się należało, marszałkowi zaś dworu robił wyrzuty, że go naraził na pozory nierzetelności. Innym razem któryś z zamożnych Ferraryjczyków pozwolił sobie, w czasie swego pobytu w Wenecji, powiedzieć o Borsie jakieś złośliwe słowo. Gdy wrócił do domu, kazał go markiz oddać pod sąd „dwunastu", którzy go skazali za obelżywe wyrażenie się o markizie na konfiskatę dóbr i na wygnanie. Jeden z pochlebców Borsa tak się uniósł podczas rozprawy sądowej, że zaledwie nie pchnął sztyletem obwinionego. Markiz ułaskawił wprawdzie skazanego, ale przestraszony biedak musiał z wielką pokorą pójść do niego z powrozem na szyi i prosić o przebaczenie. Prościej było od razu winę darować i nie urządzać całej sądowej komedii, ale Borso lubił książęcą reklamę. Ferrara wydawała mu się za płaską równiną, kazał więc sypać pagórek w Montesanto, aby dogodzić swej fantazji. Sztuczny kopiec dużo kosztował, mnóstwo rąk na próżno było przy nim zajętych, więc ludność szemrała.
Chęć rozgłosu pociągała za sobą wspieranie uczonych i poetów, którzy jego imię sławili. Chociaż więc sam nie był uczonym jak Leonello, przecież wydawał spore sumy na profesorów uniwersytetu, na rzadkie księgi, a nadto zajął się gorąco zaprowadzeniem sztuki drukarskiej. Tito Strozzi,
 
znając próżność markiza, napisał łaciński poemat Borsiadę, głoszący wiel kość jego nazwiska, ale ludzkość nie potrzebuje rozpaczać, że tylko urywki tej epopei się dochowały. Borso był rzeczywiście mistrzem pomiędzy pa nującymi w tworzeniu sobie rozgłosu. „Turcy i Indianie — zapewnia jeden z kronikarzy — uważali go za jedynego księcia całych Włoch" i posyłali mu - podarunki, wszędzie uchodził on za najrozumniejszego panującego w drugiej połowie XV wieku.
Otaczanie się zbytkiem i polowanie to były właściwie dwie charakterystyczne namiętności Borsa, wspólne zresztą wszystkim Estom. Od innych członków rodu wyszczególniała go dziwna obojętność wobec kobiet, które w jego życiu żadnej roli nie odgrywały. Jeden z kronikarzy, pełen uwielbienia dla niego, poczytuje i tę właściwość za wielką zaletę... rzecz to kronikarza.
Najwięcej mówiono o wielkiej gościnności Borsa. Dom jego stał otworem dla wszystkich znakomitych ludzi, zamek z nadzwyczajnym przepychem był urządzony, sam markiz ubierał się zawsze w złociste brokaty. Giraldi powiada, że Borso był w ubraniu piu ambitioso che non conveniva, nosił bowiem nawet spodnie z brokatu albo z atłasu, a na głowie wysoki śpiczasty beret, wyszyty złotem i klejnotami. Markiz miał najsławniejszych błaznów, najpiękniejsze konie, psy i sokoły, a opisy festynów, które urządzał, czytano w całych Włoszech. Zresztą budował dużo, ufundował słynną ferraryjską Certozę, umocnił mury miasta i odnowił Schifanoję. Bardzo szczodry dla przyjaciół, kazał dla Teofila Calcagnina pałac wystawić, a prócz tego darował mu kilka domów. Pomiędzy dworzanami wyszczególniał Casellę, którego zwał swym prawym okiem, i Ludwika Carbona, o którym jeszcze mówić będziemy. Na pogrzeb Caselli sam poszedł w żałobnym ubraniu, co się sprzeciwiało dotychczasowemu zwyczajowi Estów.
W życiu Borsa dwa fakty, a właściwie dwie uroczystości zajęły przede wszystkim historyków: przyjęcie cesarza Fryderyka III w Ferrarze i pobyt Borsa w Rzymie. Obydwa wydarzenia świadczą, że na pozór dobroduszny markiz bardzo zręcznym był dyplomatą. Fryderyk III wybrał się z początkiem roku 1452 we dwa tysiące ludzi z arcyksięciem Albertem i królem Władysławem do Rzymu na koronację i na spotkanie się w Sienie ze swą narzeczoną, Eleonorą Portugalską. Cesarz nie opływał w złoto, więc chętnie po drodze rozdawał tytuły, aby w zamian za nie swój skarb zasilać. Borso od dawna pragnął zostać księciem, chciał też cesarza ująć sobie świetnym przyjęciem i hojnymi podarunkami. Wyjechał więc naprzeciw Fryderyka aż do Adygi, otoczony książętami pomniejszych dworów Włoch północnych, szlachtą i duchowieństwem; trzy sztandary przed nim niesiono: jeden zielony z czarnym i białym orłem niósł Francesco Sforzatello