Greccy pedagodzy zakładali wówczas we Włoszech prywatne szkoły, które wielkie miały powodzenie, gdyż uwalniały rodziców od posyłania synów do szkół klasztornych, które powszechnie w wielkim były upadku. W Padwie otworzył w r. 1408 Grek Barzizza taką szkołą, połączoną z konwiktem, posprowadzał dobrych nauczycieli, a patrycjuszowska młodzież wenecka garnęła się do tego zakładu. Uczniowie płacili za nauką i całoroczne utrzymanie po czterdzieści skudów. Na wzór tego pensjonatu założył Guarino swoją szkołę w Ferrarze, w której sam uczył, a prócz tego miał wykłady publiczne w tamtejszym Studio. Osobliwie wieczory poświęcał młodzieży, która u niego mieszkała, a chęć do nauki była tak powszechną, że jeden ze szkolarzy Guarina opowiada, iż najczęściej tak on jak jego koledzy, którzy sypiali w tym samym pokoju, uczyli się do północy, a już o trzeciej z rana wstawali do pracy. W czasach, gdy cała gromada na wsi przebywała, nie ustawał ten zapał do nauk. Posiadamy list innego ucznia Guarina, w którym młodzieniec rozwodzi się nad tym, z jak wielką rozkoszą incredibili voluptate oddaje się tam studiom humanistycznym, nawet podczas ćwiczeń ciała nie mogą się uczniowie rozstać z książkami, a przy każdej sposobności mówią z nauczycielem o Grekach i Rzymianach tak, że z każdej przechadzki wracają bogatsi w wiedzę do domu. Z początkiem XV wieku wielkie wrażenie pomiędzy pedagogami sprawiła książka Pierpaula Vergeria, wydana w r. 1404 pod tytułem De ingenuis moribus ac liberalibus studiis ad Ubertinum Carrariensem, zawierająca przepisy o wychowaniu i nauczaniu młodzieży. Traktat ten miał służyć za podstawę nauk młodego Ubertina, syna Franciszka Novella II, signora Cararry. Pierpaulo oparł się oczywiście na zasadach wychowania, które wyczytał w greckich
i rzymskich autorach, na dziełach Platona, Arystotelesa, Plutarcha, Cycerona (De officiis) i Kwintyliana. Vergerio kładł główny nacisk w wychowaniu młodzieży na literaturę, na muzykę, rysunki i szermierkę. Guarino rozwinął ten system innymi ćwiczeniami ciała, kazał młodzieży chodzić na polowanie, uczyć się pływać, a nawet tańczyć, co było przeciwne zasadom Vergeria. W ogóle zaś chodziło Guarinowi o wpojenie w swych uczniów zdrowych zasad moralności, których wówczas bardzo brakowało. Guarino żył w zupełnej zgodzie z religią, w przeciwieństwie do wielu innych humanistów, prowadził swych uczniów codziennie z rana przed lekcjami do kościoła; że był dobrym pedagogiem, dowiódł tego we własnej rodzinie, gdyż z trzynaściorga własnych dzieci jedenaścioro dobrze wychował. Do szkoły Guarina przyjeżdżali Francuzi, Niemcy, Anglicy, Polacy i Węgrzy, przybywali mali chłopcy, jak Giovanni di Cisinga, zwany Pananiuszem, który miał zaledwie lat trzynaście, gdy go przywieziono do Ferrary, i pozostał u Guarina do dwudziestego czwartego roku życia.
Przysłuchiwali się i starzy ludzie jego wykładom, a pomiędzy nimi bardzo często i dygnitarze ferraryjskiej gminy.
Szkoła Guarina dzieliła się na trzy oddziały: na kurs elementarny, na gramatykę i retorykę. Celem tych kursów było nauczyć dobrze młodzież po łacinie i po grecku, zapoznać ją z autorami starożytnymi i wyrobić w niej — że tak powiem — giętkość umysłu, wprawiając uczniów w rozprawianie o najrozmaitszych przedmiotach. Młodzież powinna była być wymowną, wyrażać się dobrym językiem, umieć bronić każdej tezy od najpospolitszych i często dość dziwacznych do ściśle filozoficznych tematów. Jednym z ulubionych zadań był np. spór o dziewiczość Didony, której cnota inaczej się przedstawiała w poezji, a inaczej w historii, oczywiście, że młodzież chętnie na ten temat rozprawiała.
W ogóle ci pedagodzy początków Odrodzenia starali się, aby młodzież w ich zakładach była wesołą, aby się bawiła, dowcipkowała; pedanteria jeszcze się nie wkradła w początki humanistycznego wychowania. Satyra kwitła pomiędzy szkolarzami. Niemało do niej powodu dawały panie profesorowe, które rade były upatrzyć sobie jakiego studenta na przyszłego męża dla córki, albo dziewczęta ferraryjskie, owe Lelie, Arsole, Lucje, które również, jak „greka", należały do ulubionych przedmiotów rozmowy. Maestro umiał jednak zachować swą powagę wobec młodzieży. Gdy go raz studenci zaprosili na bankiet, odpowiedział, że stary człowiek jak on nie powinien hamować wesołego nastroju ich uczty, i na bankiet nie poszedł.
Na kilka lat przed Guarinem otworzył Vittorino da Feltre w r. 1425 ową słynną szkołę w Mantui, którą nazwano Casa gioiosa, wesołym domem, z powodu wesołego nastroju, jaki tam pomiędzy młodzieżą panował. Gianfrancesco II, markiz mantuański, powołał tam Vittorina, który uczył nie tylko dzieci panującej rodziny, synów i córki, ale i ubogich, a z dalekich stron zjeżdżała się młodzież do jego szkoły.
Były to początkowe najświetniejsze czasy humanistycznego wychowania, które, rzec można, w tych dwu szkołach, Guarina i Vittorina, wydało swe najlepsze owoce. Szkolnictwo humanistyczne nosiło już w samym zarodzie początki zepsucia, gdyż zaszczepione zostało na pniu scholastycznych szkół, na pniu prawie spróchniałym, w który wprowadzone zostały nowe soki starożytnej wiedzy i na chwilę go ożywiły. Zaledwie jednak zeszli z widowni dwaj pedagodzy, ferraryjski i mantuański, a już cały ich system wychowawczy zmienił się w najstraszniejszą pedanterię, a nazwa pedanta, człowieka obarczonego największą z głupot, bo głupotą nabytą długimi książkowymi studiami, stała się postrachem rozumnych ludzi przez kilka następnych wieków. Opowiadano sobie o pedantach anegdotę, że razu pewnego wielki spór powstał pomiędzy nimi na Parnasie: jedni
utrzymywali, że słowo consumptum ma się pisać przez „p", a drudzy sądzili, że tego „p" nie potrzeba. Wtedy rozgniewany i zgorszony Apollo chciał wszystkich pedantów wyrzucić ze swego państwa i tylko prośbami Cycerona i Kwintyliana dał się udobruchać, którzy sławę swą w znacznej części im zawdzięczali.
Obok Guarina najznakomitszym humanistą w Ferrarze był Giovanni Aurispa, który cokolwiek wcześniej przybył na dwór Estów aniżeli Guarino jako precettore Meliadusa. Aurispa należał do odmiennych typów aniżeli Guarino, do pospolitych humanistów karierowiczów, dla których nowa nauka była tylko środkiem do zawiązywania stosunków z dworami i wyrabiania sobie jak najkorzystniejszych prebend duchownych. W tym celu też został Aurispa księdzem, ale stan duchowny nie krępował go bynajmniej, aby żyć z wszelką świecką swobodą. Zaprzyjaźnił się z Beceadellim Panormitą, który także jakiś czas bawił w Ferrarze, z człowiekiem zresztą podobnych do jego zapatrywań, tylko że Panormitą miał więcej talentu i więcej ambicji. Gdy raz Beccadelli, bawiąc w Neapolu, zachęcał Aurispę, że mógłby zostać tam biskupem, gdyby porzucił życie sybaryty w Ferrarze, Aurispa nie był bynajmniej wdzięcznym za takie rady, wolał wygodę w Ferrarze aniżeli trudy połączone z zajmowaniem wysokich posad. Aurispa pisał bardzo mało, a całą jego literacką spuścizną jest siedem wierszyków i kilka mniejszych pism tłumaczonych z greckiego. Był leniwym i wygodnym, a gdy raz obiecał Panormicie przetłumaczyć krótką biografię Homera w przeciągu dni piętnastu, po roku jeszcze na to tłumaczenie się nie zdobył, pomimo że jak mówił Panormitą, nie miał nic innego do czynienia, jak „czyścić sobie paznokcie i drapać się po tłustym brzuchu".
Stanowisko pomiędzy humanistami dawała Aurispie gruntowna znajomość greckiego języka i znaczna biblioteka greckich autorów, którą posiadał. Łatwiej mu zresztą było zbierać cenne książki aniżeli innym uczonym, gdyż miał duże dochody, a zresztą pomnażał swój księgozbiór pożyczaniem rękopisów, których nigdy nie oddawał. Filelfo nie mógł mu tego darować, że pożyczył u niego jakąś książkę i mimo niezbyt grzecznych upomnień trzymał ją u siebie dwadzieścia trzy lata. Oczywiście jako prawdziwy humanista handlował także rękopisami i przy zdarzonej sposobności umiał uzyskiwać za swe księgi prawdziwie „amatorskie" ceny.
Odmiennym znów, poważniejszym typem, ówczesnego uczonego był Hugo Benzi, medyk, fizyk, filozof i literat, którego Niccoló III sprowadził do Ferrary, aby wykładał w tamtejszym Studio. Benzi miał już wówczas za sobą świetną profesorską przeszłość. Uczył poprzednio na uniwersytetach w Padwie, w Bolonii, w Pawii, Florencji, a nawet w Paryżu
ubi immortali cum laude docuit. Zwano go powszechnie księciem medyków i filozofów.
W czasie ferraryjskiego koncylium mieli ci humaniści niezwykłą sposobność popisywania się swą wiedzą. Wówczas wyprawił Benzi bankiet dla greckich uczonych, na który przybył i sam markiz Niccoló III. Po obiedzie usunięto stoły i rozpoczęła się rozprawa pomiędzy zwolennikami Arystotelesa i Platona. Sam gospodarz prosił swych gości, aby mu zadawali pytania co do kwestii filozoficznych wzbudzających wówczas powszechne zajęcie, a na każde z nich odpowiadał bez przygotowania z zadziwiającą erudycją, pomimo że rozprawy w późną noc się przeciągały. Praktyczniejszy od Huga Aurispa nie wyniósł wprawdzie nieśmiertelnej sławy z tych uczonych zebrań, ale natomiast uzyskał u papieża nominację na sekretarza kurii rzymskiej.
Pomiędzy uczonymi, których Niccoló sprowadził do Ferrary, znajdował się także Michele Savonarola z Padwy, słynny lekarz i pisarz, dziad florentyjskiego kaznodziei i reformatora.
ROZDZIAŁ TRZECI
LEONELLO
I
We dwa dni po śmierci Mikołaja zebrała się szlachta Ferrary w castello, w sali „dwóch kominów" i proklamowała Leonella signorem Ferrary, Modeny, Reggio i wszystkich ziem i zamków należących do państwa. Po czym całe zgromadzenie wsiadło na koń i wraz z Leonellem na czele objeżdżało ulice miasta, a zgromadzony lud wołał: „viva lo illustrissimo messer Leonello signore nastro!"
Dwa portrety, jeden Giovanniego Oriola w Galerii Narodowej w Londynie, drugi Pisanella w zbiorze Morelly'ego w Bergamo, tudzież kilka medali, przekazały nam podobiznę Leonella. Dziwaczna ta głowa, o czole jakby z ukosa ściętym, o włosach kędzierzawych, o oczach trochę za małych, ale bystrych, o nosie cienkim, długim i ustach zmysłowych, w ogóle jednak sympatyczne robiąca wrażenie. Osobliwie londyński portret, który Leonella przedstawia w młodzieńczych jeszcze latach, bardzo nas ujmuje dla tej postaci, o której zresztą tyle szlachetnych rysów przekazali nam współcześni. Na odwrotnej stronie dwóch medali Pisanella znajduje się maszt z silnie wydętym żaglem. Był to, jak się zdaje, znak stałości charakteru, której nic złamać nie potrafi, symbol Leonella.
Mikołaj nadzwyczaj starannie wychował tego ulubionego syna. Guarino był jego nauczycielem przez lat pięć aż do ślubu młodego markiza z Małgorzatą Gonzagą. Pedagog czytał ze swym uczniem Wergiliusza i Cycerona, Valeria Maxima, Justyna, Owidiusza, Terencjusza i wprawiał go we wszystkie możliwe fizyczne ćwiczenia. Uczono Leonella jeździć konno, pływać, biegać, skakać, bić się na miecze i tańczyć. Aby zaś następca tronu poznał i sztukę wojenną, wysłał go ojciec w r. 1422 do Perugii, do obozu słynnego wówczas kondotiera, Braocia dei conti di Montone. Dwa lata zaprawiał się Leonello do wojennego rzemiosła i bawił w obozie aż do śmierci wodza. W owym czasie miał podobno stosunek z piękną córką Braccia, na który biografowie, zbyt dbali o cnotę swego młodego bohatera,
w żaden sposób zezwolić nie chcą. Mimo owego romansu nie zapominał Leonello w oddaleniu o swym nauczycielu, ale tak z Perugii, jak i później z innych miejscowości pisywał do niego listy, które świadczyły o szczerym przywiązaniu, jakie się w nim wyrobiło dla poczciwego pedagoga. Donosił mu raz, że w znacznej części przyczynił się do zwycięstwa, które odniósł Braccio, innym razem przysłał mu ubite sarny i bażanty lub książkę, którą świeżo nabył, to znowu prosił go o wyjaśnienie jakiegoś ustępu w starożytnym autorze, którego dobrze nie rozumiał. Ze wsi pisywał, jak czas przepędza, jak wyjeżdża na polowanie, następnie czyta lub gra na wioli i śpiewa. Nawzajem Guarino odwdzięczał się swemu uczniowi szczerym do niego przywiązaniem. Chciał, aby go na przyszłość nazywano Guarino Leonelli, a na jednej ze swych książek napisał z dumą: „Hoc libello me Guarinum Veronesem donavit Leonellus Estensis". Listy do Guarina i do ludzi uczonych, do Pier Candida Decembria, pisywał Leonello po łacinie, do innych znajomych po włosku, dialektem ferraryjskim, a wierny syn swoich czasów oczywiście i wiersze układał. Pisywał je po łacinie i po włosku, cały ich tom pozostawił, ale doszły nas zaledwie dwa miłosne sonety. W jednym z nich skarży się poeta, że Amor wzrok mu odebrał, ciemnym go uczynił i bez litości porzucił wśród drogi, drwiąco mówiąc: „Idźże teraz dalej, zarozumialcze, który tak wierzysz w swe siły." Poeta szedł przed siebie sądząc, że spotka przecież litościwego podróżnika, który go za rękę poprowadzi. Ale na próżno czekał, co widząc, czatujący z boku Amor na głos się roześmiał, a poeta zawstydzony musiał go prosić, aby mu na powrót był przewodnikiem. W innym sonecie opowiada Leonello, że na Helikonie znajduje się skała, z której wytryska cudowne źródło; kto w nim ręce i czoło umacza, ten zahartuje się przeciw żarom miłości. I poeta tam poszedł, ale Amor stał już z naprężonym łukiem, zaczął się z niego wyśmiewać i gdy Leonello schylił się ku źródłu, mały okrutnik wypuścił strzałę i zatruł nią wodę, tak że ów zdrój, który miał zagoić ranę, jeszcze ją bardziej rozognił. Widoczny w tych sonetach wpływ Petrarki, który wówczas bezwzględnie panował nad włoską liryką.
Po powrocie z Perugii był Leonello świadkiem owej strasznej tragedii domowej, śmierci Parisiny i brata Hugona, którego bardzo kochał. Zdaje się, że przejście to pozostawiło w nim pewne ślady smutku, który później stał się znamienną cechą jego charakteru. Mimo to był Leonello dc ojca bardzo przywiązany, gdyż Niccoló starał się zagoić zadaną mu ranę, brał go wszędzie ze sobą, gdziekolwiek wyjechał z Ferrary, i pod każdym względem okazywał mu wiele miłości.
Jeszcze za życia ojca ożenił się Leonello w roku 1435 z Margerytą Gonzagą z Mantui, pokrewną mu duchem, bardzo wykształconą uczennicą