V
W roku 1574 zachorował Tasso na bardzo uporczywą febrę, która długo nękała go i niekorzystnie wpłynęła na jego późniejszy stan fizyczny i moralny. Mimo to poeta pracował nad ukończeniem swojego wielkiego dzieła, nad Jerozolimą wyzwoloną, czyli Goffredem, gdyż książę bardzo się niecierpliwił, że się nie może doczekać chwały, jaka miała spłynąć na jego ród z powodu wydania tej epopei. Dziesięć lat minęło, jak Tasso bawił na dworze Estów, książę otaczał go swoją łaską, zabierał ze sobą w podróże, na polowania i połowy ryb, pozostawiał mu najzupełniejszą swobodę w pracy, a poeta mimo to nie wywiązywał się ze swego zadania. Nareszcie w kwietniu roku 1575 ukończył poemat, ale ostatnie trzy księgi pisał już w czasie choroby, więc wypadły słabiej aniżeli księgi poprzednie. Poemat zresztą nie był jeszcze przygotowany do druku, poeta miał wątpliwości co do niektórych ustępów, a rozterki w jego duszy hamowały twórczą energię.
Zapewne z powodu febry chciał Tasso zmienić powietrze, wyjechał też na jakiś czas do Padwy i Vincenzy, ale ta podróż go nie uspokoiła; zniechęcony do Ferrary, począł cichaczem robić starania, aby się umieścić na innym dworze, u wielkiego księcia Franciszka we Florencji albo u kardynała de'Medici. Krok to był dla niego bardzo niebezpieczny, gdyż dwory ferraryjski i florentyński były w najgorszych ze sobą stosunkach z powodu kwestii „pierwszeństwa", którą się wówczas bardzo zajmowano. Alfonso wymagał, aby mu dawano tytuł Altezza, co gniewało wielkiego księcia, który utrzymywał, że taki tytuł tylko jemu się należy. Współzawodnictwo obydwu dworów doprowadziło do tego, że książę jeszcze w roku 1573 zabronił pod bardzo dotkliwymi karami poddanym ferraryjskim udawać się w obcą służbę, a zakaz ten był skierowany głównie przeciw Florencji.
Gdy starania Tassa o służbę u Medyceuszów nie doprowadziły do pomyślnego rezultatu, zmienił poeta swe zamiary i chciał się dostać do Rzymu, aby tam Jerozolimą poddać sądowi znakomitych literatów, upewnić się, że inkwizycja nie podniesie przeciw poematowi żadnych zarzutów, i dzieło tylu lat pracy wydrukować. Ponieważ jednak nie miał środków na tę podróż, więc zwrócił się pisemnie do swego kolegi uniwersyteckiego i przyjaciela, Scypiona Gonzagi z markizów di San Martino, mieszkającego w Rzymie, aby się podjął rewizji jego dzieła. Gonzaga obawiał się jednak wielkiej odpowiedzialności, tak wobec krytyki, jak i wobec inkwizycji, prosił więc Pier Angela da Braga, słynnego łacińskiego poetę, Flaminia de' Nobili, filozofa i znanego helenistę, Sperona Speroni,
autora książki La Cenace, i wreszcie członka inkwizycji, Silvia Antoniana, ucznia Filipa da Neri, przyszłego kardynała pod Sykstusem V, człowieka bardzo surowych obyczajów, ale ciasnych pojęć, aby mu w tej pracy pomagali. Tasso obawiał się także, aby inkwizytor w Bolonii nie podniósł jakich zarzutów, więc i do niego się udał, aby zbadał poemat ze stanowiska zasad Kościoła rzymskiego. W ogóle obawa przed inkwizycją opanowała Tassa w wysokim stopniu, nie był nawet pewnym, czy w poemacie może wymienić nazwy starożytnych bogów, Marsa, Jowisza) i dopiero gdy sobie przypomniał, że Dante w swym „Raju" nie waha się mówić o Jowiszu, uspokoił się sądząc, że przykładem wielkiego poety będzie się bronił przed inkwizytorami. Obawy Tassa były zresztą usprawiedliwione, gdyż na stolicy papieskiej zasiadał wtedy Grzegorz XIII, przyjaciel i protektor jezuitów, a Antoniano był już wówczas człowiekiem wielkich wpływów i przez jego usta przemawiała inkwizycja. Uważał on też cały poemat za niebezpieczne dzieło, które w Rzymie nigdy nie będzie dobrze widziane, za utwór nie zgadzający się z duchem czasu. Chcąc jednak okazarć swoją pojednawczość, będąc zresztą także poetą, gdyż pisał wiersze pobożne, nie żądał Antoniano zniszczenia całego rękopisu Jerozolimy, ale uważał za konieczne, aby go Tasso przerobił na poemat „czysty", religijny, który by nie tyle był przeznaczony dla ludzi światowych, jak raczej dla mnichów i zakonnic, desiderarebbe che'l poema fosse letto non tanto da cavalieri quanto da religiosi e da monache, życzył sobie nawet, aby rękopis dać przed wydrukowaniem jakiej poważnej mniszce do cenzury, ale jakoś do tej ostateczności nie przyszło. W poemacie, rzec można, nic mu się nie podobało, ani plan całości, ani charaktery głównych postaci, ani najbardziej poetyczne ustępy. Żądał więc od Tassa usunięcia wyrazów obrażających duchowne ucho, wypuszczenia wszelkich miłosnych epizodów i wszelkich cudowności. Czynić cuda jest rzeczą boską, nie wolno więc poecie wprowadzać czarodzieja, który swą różdżką zmienia rycerzy w ryby, albo inne czyni „metamorfozy",
Tasso był w rozpaczy: zniszczono mu cały poemat, a listy jego do Antoniana przedstawiają prawdziwie tragiczne pasowanie się umysłu Odrodzenia, poety przyzwyczajonego za młodu do wolnego wyrażania swych idei, z ciemnym fanatyzmem człowieka brutalnej reakcji. Z rozpaczą pyta się raz Tasso, czy sceny miłosne rzeczywiście będą skazane na wykreślenie, gli amori saranno condemnati, taki wyrok bowiem unicestwiłby cały geniusz poety. Mimo wewnętrznego oburzenia Tasso z pokorą tłumaczył się wszechwładnemu cenzorowi ze swych „błędów", rozmyślał nad różnorodnymi sposobami, jak by zadowolić cenzora, jak by się zastosować do wymagań czasu, come comanda la necessitd de' tempi, do ciasnych
dusz współczesnych, la stretezza de' tempi, jak by wszystkiemu, co cudowne, nadać znaczenie „moralne", jak by wypuścić całe' dwie księgi o Armidzie czarodziejce, wydrukować je osobno i w ten przynajmniej sposób uratować jedną z najświetniejszych postaci swej imaginacji. Jerozolimą wyzwoloną uważał on za treść swego życia, la somma de la sua vita, więc te trudności, te niespodziewane przeszkody, ta walka z kościelną pedanterią, która trwała dwa lata, nękała go, a był on zanadto słabym charakterem, aby w jakikolwiek sposób wyzwolić się spod inkwizytorskiej przemocy; obawiał się walki z Kościołem, nie chciał być religijnym odstępcą, starał się wierzyć, chciał mieć zresztą przywilej kurii rzymskiej na wydrukowanie książki. A gdy się jego skeptyczny umysł od czasu do czasu buntował, zaczął się oddawać praktykom religijnym, chodził na nabożeństwa, odmawiał w domu modlitwy, aby w ten sposób zwyciężyć renęsansowego szatana. Często, jak sam wyznawał, stawał mu w myśli obraz sądu ostatecznego, zdawało mu się, że słyszy odgłos trąb anielskich, które zagrzmią w dzień kary i nagrody, i widzi Zbawiciela w obłokach, jak przejmującym głosem woła: „Idźcie, przeklęci, do wiecznego ognia!" Wtedy go wielki strach ogarniał, biegł spowiadać się i przyjmować komunię. Spowiadał się, że wątpił w nieśmiertelność duszy, że nie wierzył w boski świata początek, w skuteczność sakramentów, w boskie namiestnictwo papieża i w zbawienie człowieka. O tym wszystkim donosił bolońskiemu inkwizytorowi, sam siebie oskarżał, ale inkwizytor musiał zauważyć, że ma do czynienia z poetą, który stracił umysłową równowagę, i dość pobłażliwie przyjął te wywnętrzania się chorego człowieka. Ta powolność, zamiast uspokoić Tassa, zatrwożyła go, uważał postępowanie inkwizytora za lekkomyślne, za powierzchowne i sądził się być winnym.
Jeżeli krytyka Antoniana przyprowadzała go do rozpaczy w rzeczach religijnych, to znowu uwagi pedanta Speroniego co do budowy poematu, co do reguł poetyki, rzekomo błędnie w nim zastosowanych, w najwyższym stopniu go oburzały. Do zamącenia znękanego umysłu jeszcze i to się przyczyniało, iż zdawało mu się, że nieprzyjaciele na dworze Alfonsa II pragną, aby dzieło jego nie zostało wydane albo aby wyszło z druku z poprawkami pedantów i inkwizytorów, pozbawione wszelkich poetycznych piękności. Wietrzył więc wszędzie, prześladowania, intrygi, podstępy.
Te walki i niepokoje tak go moralnie i fizycznie znękały, że w lipcu roku 1575 ciężko zachorował, miewał bardzo mocne bóle głowy, nie mógł z księciem wyjechać na wieś i pozostał w Ferrarze, gdzie, skoro mu się tylko polepszyło, odczytywał księżnie Lukrecji swój poemat. W owych czasach zaczęły go prześladować chorobliwe przywidzenia, zdawało mu się, że go demony otaczają, że wpływają na jego losy, a wskutek tego
studiował magię i astrologię, napisał nawet dialog Messagiero o demonologii, w którym w sposób filozoficzny stara się dowieść istnienia boskich posłańców, w co zresztą uczeni, jak Ficino, jak Patrizzi i Pico di Mirandola także wierzyli. Pragnął przy tym koniecznie zmienić miejsce pobytu, marzył o tym, aby do Rzymu pojechać, naradzić się z Antonianem i przyśpieszyć cenzurę swego poematu. Lukrecja odradzała mu tę podróż, wiedziała bowiem, że książę pragnął, aby Gerusalemme wyszła z druku pod jego. protekcją, a podejrzywał, iż Tasso chce ją poświęcić Medyceuszom, aby się dostać na ich dwór. Przedstawienia księżnej na nic się jednak nie przydały. Tasso pojechał w listopadzie do Rzymu, tłumacząc tym swoją podróż, że chce korzystać z łask religijnych ówczesnego jubileuszu. Wyjazd ten był tym większym błędem, że czwartego listppada umarł w Ferrarze Pigna, nadworny filozof, minister, historiograf i płatny poeta, a powszechnie sądzono, że Tasso po nim otrzyma posadę historiografa i poety.
W Rzymie starał się Tasso wzruszyć Antoniana, co było prawie niepodobnym, i pozyskać łaski Speroniego będącego wówczas literacką potęgą, który mu zarzucał zniewieściałość w niektórych księgach poematu, brak powagi w wyrażeniach się, niestosowne dowcipy, słowem brak tej poetycznej pozy, którą pedantyczny literat tak wysoko cenił. Pokora Tassa zdawała się rozbrajać Speroniego, gdyż okazywał się nieco łaskawszym dla poety.
Wewnętrzny niepokój zaczynał już wtedy rządzić czynnościami i postępowaniem Tassa; nie zabawiwszy długo w Rzymie wyjechał do Sieny, aby jeszcze co do swego poematu zasięgnąć rady monsignora Piccolominiego, autora nowego komentarza do Poetyki Arystotelesa, a niezadowolony i z rad tego uczonego, udał się znowu do Florencji, do Vincenza Borghiniego, szukając wszędzie krytycznych uwag, które tylko mogły szkodzić jego dziełu. W połowie stycznia wrócił do Ferrary i rozpoczął starania o przywileje na swe wydawnictwo. Chwiejność i brak stanowczości toczyły jego duszę i przyczyniały się do zwiększania umysłowej choroby, jakieś nie wiedzieć coś, mówił, przewracało się w jego umyśle, mi si volge un non so che per l'animo. Maffeo Veniero, poseł florentyński w Ferrarze, pisał 17 czerwca 1577 r. do wielkiego księcia Franciszka, że „Tasso cierpi na dziwną umysłową chorobę, zdaje mu się, że się stał winnym herezji i że go chcą otruć..."
VI
Wróciwszy do Ferrary zastał tam Tasso hrabinę Barbarę Sanseverino i jej synową Leonorę, zamężną za hr. Giuliem di Scandiano, które już dawniej poznał był w Rzymie. Całe miasto o niczym nie mówiło, tylko o dowcipie, o uprzejmości i wdzięku tych pań, wszyscy książęta się w nich kochali, sam Alfonso, także Duca di Panna i Vincenzo Gonzaga niemało niedorzeczności narobili, aby się im przypodobać. Tasso miał sposobność pisania sonetów na ich cześć, a nawet zwieszona dolna warga hrabiny Scandiano dała mu powód do poetycznych uniesień. Jednym z najgorętszych wielbicieli pięknej Leonory był Guarini, który właśnie wraz z Ascaniem Giraldinim powrócił z Polski, ale i Guarini, i Tasso wkrótce się przekonali, że do księżny Scandiano tylko wiersze im pisać wolno, gdyż mieli zanadto niebezpiecznego rywala, aby się zbyt odważnie starać o jej łaski. Tym rywalem był sam książę Alfonso. Tasso wnet się jednak pocieszył, gdyż księżna miała bardzo ładną damigellę Olimpię, brunetę, bella e vaga brunetta, do niej więc zwrócił swoje serce, a księżnę kadzidłami tylko obsypywał. Damigelli zazdrościł jednak, że usługuje tej, która do bogini jest podobną.
O con le Grazie eletta e con gli
Amori, Fanciulla avventurosa,
A seruir a colei che a Dea somiglia.
Gdy księżna później córeczkę powiła, Tasso także wierszami radość swą wyrażał.
Mimo amorów z Olimpią i hołdów dla księżnej Scandiano, poeta coraz się miał gorzej, coraz częściej objawiała się u niego mania prześladowcza, a pomiędzy dworzanami uważano go za człowieka, „któremu coś brakuje". Jednego z niższych dworzan, Ercola Fucci, uderzył bez powodu w twarz na podwórzu książęcego pałacu, za co go tenże, wziąwszy brata do pomocy, obił kijem na ulicy. Przestraszony Tasso przez dłuższy czas z pokoju nie wychodził, chyba że wraz z innymi dworzanami musiał księciu towarzyszyć w jego wycieczkach.
W lutym roku 1577 wybrał się cały dwór do Comacchio, gdzie miano przepędzić część karnawału. Wesołe towarzystwo składające się z kontessy di Sala i Scandiano, wielu innych pań i dworzan, pomiędzy którymi znajdował się i nasz poeta, myślało tylko o tym, aby urządzać zabawy. Tasso napisał wesołą komedię, jedyną, jaka wyszła spod jego pióra, a towarzystwo dworskie ją przedstawiało. Sam książę grał chłopaka z Osterii,
contessa di Sala miała rolą młodej dziewczyny Lucilli, Scandiano przebrała się za mężczyznę, histrionem zaś prologu był sam Tasso. Komedia się bardzo udała i szkoda, że zaginęła, byłaby nam bowiem przedstawiła Tassa „karnawałowego", Tassa wesołego, jakiego nie znamy. Wesołe usposobienie jednak niedługo trwało u poety, zaraz po powrocie do Ferrary zaczął się skarżyć, że go ludzie prześladują, miewał rozmaite przywidzenia, napisał list do towarzysza lat dziecinnych, Guidobalda markiza del Monte, że od ośmiu miesięcy żyje w ciągłej trwodze, gdyż dworzanie i nieprzyjaciele zabierają mu rękopisy, i prosił, aby mu markiz przysłał służącego, który by z Ferrarą nie miał najmniejszych stosunków, i któremu by mógł w zupełności zaufać. W drugiej połowie kwietnia zwidzenia i niepokoje jeszcze groźniej opanowały umysł poety, zaczął oskarżać rozmaite osobistości z dworu przed księciem, to że go prześladują", to że z heretykami mają stosunki. Z obawy, aby nie popaść w herezję, chodził często do spowiedzi, a inkwizytorowi donosił nazwiska tych dworzan, których posądzał o odstępstwo. Książę posłał doń lekarza, który mu przepisał środki krew czyszczące, ale wszelkie starania nic nie pomagały. Tasso trwał w swoich religijnych obawach, mniemał, że inkwizytor w Ferrarze nie dość sumiennie spełnia swe obowiązki, i zaczął się wybierać do Rzymu, aby go tam oskarżyć przed trybunałem inkwizycyjnym. Sądzono, że w tej rozterce duchowej potrafi go przecież uspokoić sam inkwizytor, człowiek rozsądny i ludzki, który dobrze wiedział, że donosy Tassa o herezjarchach i herezjach są jedynie wynikiem jego chorobliwej wyobraźni. Na prośby księcia zabrał z sobą Tassa na kilka dni na rekolekcje do klasztoru degli Angeli i tam łagodnością i namową starał się działać na jego zbyt wrażliwe sumienie. Zakonnik zadał sobie dużo pracy, aby w duszy poety przywrócić równowagę, spowiadał go, dał mu najzupełniejsze rozgrzeszenie, ale to wszystko nic nie pomagało. Tasso sądził, że za grzechy, które popełnił, powinno się go oddać na tortury, podejrzywał inkwizytora, że nie spełnił należycie swych obowiązków, i chciał, nie uwiadomiwszy o tym księcia, udać się do Bolonii, aby się wyspowiadać przed tamtejszym inkwizytorem, którego uważał za bardziej przejętego swym powołaniem. Na to książę nie mógł tak łatwo przystać, od czasów bowiem Renaty Rzym podejrzywał ciągle dwór w Ferrarze o religijne nowatorstwa, a podejrzywał go tym chętniej, że kuria rzymska szukała tylko powodów, aby Ferrarę Estom odebrać, książę zaś starał się, aby państwo ferraryjskie przeszło na jego krewnego, Cezara d'Este.
W tej mierze mógł mu Tasso bardzo zaszkodzić, gdyby bowiem pojechał do Bolonii i przed tamtejszym inkwizytorem oskarżył dworzan ferraryjskich o herezję, inkwizytor boloński byłby z pewnością doniósł