Dwór w Ferrarze (Chłędowski Kazimierz) str. 43

Sponsorzy:


alt
alt
alt
najwspanialszym, jakie rzeczpospolita urządziła w XVI wieku obcemu gościowi. W Murano przygotowano dla króla na pierwszą stację pałac Bartłomieja Capello, w samej Wenecji pałac Foscarich, Bucentaura odnowiono, na Lido postawiono bramę triumfalną, którą ozdabiali Paolo Veronese i Tintoretto, tysiące małych statków i gondol towarzyszyło wjazdowi ośmnastego lipca 1574, we wszystkich kościołach uderzono w dzwony, strzelano z dział, chóry śpiewały, muzyki grały wokoło, a przy tym pogoda służyła prześliczna, tak że młody monarcha był oczarowany pięknością obrazu i w chwili największego uniesienia powiedział do swego otoczenia te słowa: „Jakżebym był szczęśliwym, gdyby królowa matka to wszystko widziała". Henryk bardzo dobrze i łatwo mówił, na krótkie powitanie doży trochę za długą miał mowę francuską, później nie popisywał się już więcej swym oratorskim talentem.
Nad wieczorem dopłynął król wśród okrzyków i triumfów do swego mieszkania w pałacu Foscarich, który urządzono z wszelkim możliwym przepychem i złotymi literami napisano w głównej sali jako godło słowa: Omnipotens virtus. Król jednak bardzo ściśle tych słów się nie trzymał, ale jak tylko się znalazł w pałacu z bliskimi przyjaciółmi, wymknął się czym prędzej bocznym wyjściem z księciem Ferrary do przygotowanej, niepokaźnej gondoli i popłynął z nim najprzód na jakąś hulankę, a następnie do pałacu Alfonsa, do późniejszego Fondaco dei Turchi. Tam urządził Alfons prawdziwie wesoły wieczór z teatrem, pięknymi kobietami i świetną kolacją. Największą ozdobą festynu było teatralne przedstawienie, które dało towarzystwo Gelosich, najsławniejsza wówczas trupa komiczna w północnych Włoszech. To przedstawienie bardzo obraziło Signorię. Rząd wenecki bowiem poczynił najuilniejsze starania, aby Gelosich sprowadzić z Mediolanu, gdyż dowiedział się od posła francuskiego, że król bardzo ich sobie życzy widzieć, a osobliwie ciekawy jest gry Vittorii Piissimy z Ferrary, najsłynniejszej artystki. Gelosi pojechali umyślnie w trzydzieści osób do Mediolanu, aby dawać przedstawienia podczas festynów, które się tam miały odbyć dla Giovanniego d'Austria, zwycięzcy spod Lepanto, przeto nie było rzeczą łatwą do powrotu ich nakłonić. Gdy więc Signoria po wielkich staraniach cieszyła się, że swemu dostojnemu gościowi urządzi niespodziankę, książę Ferrary cichaczem umówił się z artystami, aby w pierwszy dzień pobytu króla, jeszcze przed oficjalnym przedstawieniem, grali w nocy u niego komedię. Signoria w ogóle nie była zadowoloną z Alfonsa, zabierał on bowiem dygnitarzom weneckim przy uroczystościach honorowe miejsce, a osobliwie to ich obraziło, że przy wjeździe ze stałego lądu do Murano wsiadł do gondoli królewskiej, wskutek czego ambasadorzy republiki, którzy przecież tam
 
byli gospodarzami, musieli płynąć następną gondolą. Co więcej, w wilię uroczystego wjazdu do Wenecji Alfons zabrał króla z Murano, popłynął z nim incognito na Canal Grande i pokazał mu wszystkie wspaniałe gmachy miasta, tak że wjazd triumfalny nie mógł mieć już dla Henryka tego uroku nowości, jakim go Wenecjanie olśnić chcieli. W pałacu Alfonsa bawił się król wybornie, a osobliwie niemałe wrażenie sprawiła na nim Piissima, owa „boska Wiktoria, czarodziejka miłości, której słowa wzniecały płomienie w tysiącach serc, której głos zachwycał widzów, a mowa jej harmonijna i słodka, ruchy łagodne lub dumne czyniły z niej skończoną artystkę".
Henryk III wrócił dopiero za białego dnia do swego pałacu i mimo że miał dwudziesty trzeci rok, zapewne bardzo narzekał na królewskie obowiązki, gdyż nie odpocząwszy musiał już w rannych godzinach udzielać posłuchań. Ale przyjemności Wenecji nie dały mu ani chwili odpocząć, wieczorem poszedł podobno piechotą tylnymi uliczkami do domu Weroniki Franco, mieszkającej w pobliżu San Giovanni Chrisostomo, słynnej poetki i kortegiany, wielce zajmującej Wenecjanki, pomimo że zapisaną była dopiero pod numerem 204 w Catalogo delie principali et piu honorate cortigiane di Venetia. Franco należała do pierwszorzędnych dam lekkiej gildy tak co do piękności, jak i roztaczanego koło siebie zbytku, a nadto jaśnieje jej nazwisko, obok Tulii d'Aragona, na kartach historii literatury włoskiej XVI wieku. Weronika pisała piękne sonety i podobnie jak słynna rzymska kortegiana Porzia, patrizia Romana, „miała całego Petrarkę i Boocaocia w głowie i recytowała z pamięci nieskończoną ilość wierszy Wirgiliusza, Horacego, Owidiusza i tysiąca innych autorów". Z gładkością ułożenia i wdziękiem młodości łączyła rozum doświadczonej matrony:
E di costumi adorna, e di virtude,
Con senil senno in giowenil etade.
Ponieważ jednak była jeszcze młodą, nie miała czasu zebrać wielkich bogactw i nie należała do owych zasłużonych kortegian, które senat wenecki nazywał w swych aktach publicznych le nostre benemerite meretrici. Jeden z jej wielbicieli mówił, że niebo rozlało na niej urok bez granic, dało jej złote włosy i boskie oczy, którym samo słońce blasku pozazdrościć może, a rękę miała śnieżnej białości. Tintoretto malował jej portret, który niestety w ciągu wieków zaginął. Mamy wprawdzie jej wizerunek przekazany nam w Gamby Alcuni ritratti di donne illustri delie provincie veneziane, ale tam przedstawioną jest Weronika z kosztownym diademem na głowie i tak obwieszona klejnotami i obhaftowana złotem, że raczej wygląda na jakąś sztywną królową angielską aniżeli na uprzejmą poetkę,
 
Terrena Dea, alto e novo miracolo, luce impressa del raggio delia divinita, paradiso. Weronika przez długi czas miała stosunek z jakimś słynnym ze swej kaznodziejskiej wymowy, bardzo poważnym prałatem, a tak była o niego zazdrosną, że gdy kochanek wyjechał z Wenecji, a ona sama pozostała w domu, sola in solitario tetto, myślała tylko o tym, że ją prałat zdradza, a smutne przypuszczenia do tego stopnia ją opanowywały, że życie sobie chciała odebrać. Weronika miała później dwoje dzieci, których ojcowie sumiennie zapisywali się do metryk kościelnych, a do swych wielbicieli liczyła także Wilhelma, księcia Mantui i kardynała Ludwika d'Este, ulubionego syna Renaty. Kardynałowi poświęciła nawet swe Listy, a w przedmowie podnosiła jego niezmierną kortezję, jego nadziemską gentilezzę, klękała przed nim i wielbiła anielską dobroć tego sługi niebios.
U Weroniki bywała cała literacka i artystyczna Wenecja, słynny swego czasu poeta Domenico Veniero, Tintoretto, poważny Sperone Speroni, Girolamo Muzio, a nawet stary Bernardo Tasso. Oprócz rozmów o filozofii, poezji, uprzyjemniała pani domu wieczory swym gościom muzyką i śpiewem, a istnieje jej list, w którym zaprasza jednego ze swych znajomych na taki muzykalny wieczór, alle venti ore, in occasione ch'io faccio musica. W innym liście pozwala przyjacielowi, aby przyszedł do niej na śniadanie w zwykłym ubraniu, bez ceremonii, według dawnego zwyczaju, sine fuco et ceremoniis, more majorum. Gdy jaki obcy literat zawitał do Wenecji, musiał koniecznie być jej gościem, nawet Montaigne, który ją nazywa janti fame venitiane, był 6 listopada 1580 u niej na kolacji i poetessa przysłała mu egzemplarz świeżo wydanych swoich listów. Następnego dnia po południu miał biedny Montaigne une colique, qvi lui dura deus ou trois heures; czy z powodu złej kuchni u Weroniki, nie wiadomo. Franco prowadziła więc dom bardzo otwarty i dostatni, a musiała wzbudzać zazdrość pomiędzy innymi kortegianami, gdyż któraś ze współzawodniczek oskarżyła ją przed trybunałem Sant' Officio. Oskarżenie było straszne: że Weronika, gdy jej ukradziono nożyce ze srebrną rękojeścią i jeszcze jakąś drobnostkę, wzywała diabła na pomoc, posługując się przy tym pierścionkiem poświęcanym i święconą wodą, że nie chodziła na mszę i że za czartowską pomocą rozkochała dwóch przejezdnych Niemców. Ale Weronika miała w kołach duchownych możnych protektorów i potrafiła się usprawiedliwić z czynionych jej zarzutów. Z czasem zaczęła bardzo przykładne prowadzić życie, pisała pobożne sonety i w r. 1580 założyła dom przytułku dla podobnych sobie kobiet, które chciały porzucić lekkie życie. W kościele del Soccorso, gdzie się modliły owe Magdalenki, istniał obraz Carletta Caliari, znajdujący się
 
dzisiaj w Akademii di Belle Arti w Wenecji, przedstawiający założenie owego przytułku. Jedną z czterech kobiet zwróconych do Matki Boskiej ma być Weronika Franco. Nasza pobożna grzesznica umarła dość wcześnie, w czterdziestym piątym roku życia, na febrę. Najpiękniejszym jej wspomnieniem były odwiedziny Henryka III; o owej chwili wspomina ona w liście, który do niego pisała, all invittissimo e cristianissimo Re Enrico III, iż jest dumną i szczęśliwą, że król raczył zaszczycić jej skromne mieszkanie. Posyła mu dwa sonety i przyobiecuje poświęcić całą książkę swych poezyj nazywając go bohaterem w wojnie, pokoju, doświadczonym w tysiącznych okolicznościach.
In armi, e in pace, a mille prove esperto.
Weronika darowała królowi na pamiątkę swój portret, jak się zdaje emaliowany, czym ją król obdarzył, nie wiemy.
Ośm dni bawił Henryk w Wenecji, a powszechnie mówiono, że ani jednej nocy nie spędził w swoim pałacu, pomimo że całe dnie męczył się przyjęciami i festynami; doża i senatorowie obawiali się też o jego zdrowie. Gdy później rozeszła się wiadomość, że król po drodze zachorował w Cremonie, udał się doża do posła Du Ferrier, ażeby błagał Katarzynę de' Medici, by wstrzymywała syna od nieumiarkowanego życia, zwłaszcza od „zbyt gwałtownych ćwiczeń cielesnych", i poleciła mu więcej jadać mięsa, gdyż zauważono w Wenecji, że król żywi się tylko jarzynami, owocami i chlebem maczanym w wodzie, samymi rzeczami nie dającymi ciału potrzebnych sił. Król bynajmniej się nie zastosował do ojcowskich rad weneckiej Signorii, ale i we Francji prowadził rozwiązłe życie niszczące jego słaby organizm.
Bale, iluminacje, festyny, regaty następowały po sobie w czasie pobytu Henryka w Wenecji, a przyjemniejszym może aniżeli wielki bal w pałacu dożów było dlań przyjęcie, które urządził monsignor Giovanni Grimani, patriarcha akwilejski. Król chciał zwiedzić wspaniałe zbiory starożytności Grimaniego, jego rzadkie brązy, marmury, obrazy, miniatury, pomiędzy którymi znajdował się ów sławny brewiarz zdobiący do dziś dnia bibliotekę Marcianę. Doświadczony patriarcha wiedział jednak, że młodemu Henrykowi większą sprawi przyjemność gronem pięknych Wenecjanek aniżeli „antykaliami", zaprosił więc do siebie trzydzieści najbardziej uroczych pań wielkiego świata, które nie tylko wdziękiem, ale i swymi strojami olśniły króla. Zamiast oglądać zbiory, zaczęto tańczyć, a przede wszystkim urządzono taniec kobiet alla gagliarda, którego Henryk jeszcze nie znał, a bardzo go widzieć pragnął. Tancerki bowiem
 
wykonywały rodzaj baletu, a mężczyźni brali w nim tylko o tyle udział, że otaczali panie wokoło, wybijali takt, zachęcając je okrzykami i dowcipami do wesołości. Tańczono także balio del cappello, w którym panie wybierały tancerzy podając im swoje kapelusze. Wybrany młodzieniec kładł wtedy swój beret na głowę tancerki grzecznie ją całując, a ona wracała mu z pocałunkiem jego własność. Ta wymiana kapeluszy z akompaniamentem pocałunków bardzo się podobała królowi, a jedna z odważniejszych pań przybliżyła się także i do niego ofiarując mu swój kapelusz. Henryk musiał niestety odmówić tańca z powodu żałoby po Karolu IX, ale w zastępstwie przedstawił hożej tancerce jednego ze swych towarzyszy. Popołudniowa zabawa u Grimaniego trwała aż do wieczora, a król wprawdzie wrócił do pałacu Foscari, ale tylko po to, aby znów cichaczem wymknąć się bocznymi drzwiami do przyjaciółek.
Trzeba jednak przyznać królowi, że podczas tych zabaw nie zapomniał także i o zwiedzeniu pracowni Tycjana, gdzie właśnie mógł widzieć wykończoną już dla króla Hiszpanii Alegorią zwycięstwa pod Lepanto.
Tymczasem nadchodziły listy wzywające Henryka do jak najrychlejszego powrotu, a i rozważniejsi towarzysze, a osobliwie książę sabaudzki, Emanuele Filiberto, zaczęli się o niego obawiać i nakłaniać do wyjazdu. Ostatniego dnia swego pobytu zakupił król mnóstwo sprawunków, w znacznej części na podarunki z powodu gościnności, jakiej doznał w Wenecji. Na same klejnoty wydał trzydzieści dwa tysiące skudów, ale znaczną część tej sumy został winien i później miał ją zapłacić za pośrednictwem francuskiego ambasadora. Pierścień z dużym diamentem ofiarował doży, ale Mocenigo musiał ten klejnot zapisać skarbowi rzeczypospolitej, gdyż naczelnikowi rządu nie wolno było przyjmować podarunków.
Wreszcie wyjechał Henryk dwudziestego siódmego lipca na Padwę do Ferrary, a Wenecjanie, osobliwie zaś właściciele domów na Canal Grande, byli zadowoleni, że się uroczystości skończyły, gdyż z powodu ciągłych iluminacyj oliwa do lamp za dużo ich kosztowała. Alfons ferraryjski wiózł króla do swojej stolicy dalszą drogą na Capparo, aby — jak złośliwie się wyraził poseł florentyński — księstwo ferraryjskie większym się gościowi wydało.
Dwudziestego dziewiątego lipca, w straszny upał, przyjechał król z całym towarzystwem do Ferrary, wśród odgłosu muzyki, bicia dzwonów, grzmotu armat, których Alfonsowi nie brakowało. U bram miasta Cornelio Bentivoglio ofiarował królowi klucze, które tenże zwrócił z uprzejmą mową; w pałacu, u schodów, oczekiwały króla księżna Lukrecja i Leonora, którym Henryk rąk nie ucałował, co także florentyński ambasador zauważył ze złośliwą przyjemnością. Alfons kazał urządzić królewskie
 
komnaty najpiękniejszymi dywanami i dziełami sztuki, bawił go przedstawieniem teatralnym, balem, ale prawdę powiedziawszy, przyjęcie nie bardzo się udało. Król bowiem, odebrawszy pilne listy z Paryża, musiał wcześniej wyjechać, aniżeli zamierzał, wskutek czego bal się odbył o dzień pierwej, aniżeli było postanowione, i wiele pań nie miało tak bogatych strojów, w jakich przybyć miały. Krawcowe nie mogły swych arcydzieł wykończyć. Co gorsza, w drugi dzień pobytu króla dało się uczuć lekkie trzęsienie ziemi, które w tych latach często Ferrarę nawiedzało, co także rzuciło pewien popłoch na towarzystwo. Nade wszystko zaś król był już bardzo zmęczony i z tego powodu nawet nie jechał w dalszą drogę do Mantui lądem, ale popłynął Padem w górę. W Mantui starano się go przyjąć z nadzwyczajnym przepychem, aby prześcignąć Ferrarę, co nie było przyjemnym patrzącemu na to księciu Alfonsowi.

III
W Polsce zajmował się tymczasem Ascanio Giraldini sprawami Alfonsa, a do pomocy dodano mu jeszcze z Ferrary Aleksandra Baranzona.
Posłowie ci zyskiwali szlachtę, osobliwie w Płockiem, obwozili portret Alfonsa w zbroi, z muszkietem w ręku, aby Polacy nabrali zaufania do tej okazałej osoby, ale sami jakoś nie wierzyli w powodzenie książęcej sprawy i chcieli się odpowiedzialnością podzielić z jaką wybitniejszą ferraryjską osobistością, gdyż Giraldini prosił, aby Alfons przysłał jeszcze jakiego znakomitego oratora, un huomo di gran portata. Alfons wysłał znów Guariniego, który wyjechał w pierwszych dniach października 1575 z Ferrary, drogą do Saravalle i Ampezzo, i niemało przebył trudów. Podróż swą opisał Guarini w liście do żony, wysłanym w kilka dni po przybyciu do Polski. Skarżył się, że nie był w stanie znieść tego podwójnego zmęczenia ciała i duszy; zaraz po przebyciu Alp dostał febry, która go trapiła w ciągu całej podróży Dunajem. W Wiedniu musiał się zatrzymać z powodu choroby, a ponieważ czas naglił, więc posłał do Warszawy swoją mowę, którą miał wygłosić na polu elekcyjnym, aby ją tam odczytano. Przyszedłszy jednak trochę do sił, chory jeszcze, pojechał dalej, usprawiedliwiając się w liście do żony pisanym, że honor wymaga, aby stojąc na czele tak ważnej ambasady, bardziej się troszczył o obowiązki względem swego pana aniżeli o własne życie. Wyruszył więc do Polski i odbywał podróż przez kraje pełne rozbójników, wśród najrozmaitszych trudów i niebezpieczeństw. Chory, zziębnięty stanął w Warszawie 19 grudnia, raczej umarły aniżeli żywy. Przybył jednak za późno, gdyż posłowie