szybko minęło i Alfons, nie mając z kim walczyć nad brzegami Dunaju, musiał wracać do domu.
Po śmierci Lukrecji de'Medici ożenił się Alfons z Barbarą Austriaczką, a gdy i ta wkrótce umarła, pojął trzecią żonę, Małgorzatę Gonzagę, pragnąc potomstwa, którego mu dwie pierwsze żony nie dały. Do późnego wieku spodziewał się syna, gdyż za młodu wywróżył mu Filip Nostradamus we Francji, że będzie miał trzy żony i że dopiero z trzeciej, w pięćdziesiątym ósmym roku życia, syn mu się urodzi. W tej nadziei utwierdzał go przykład jego przyjaciela i towarzysza z francuskich wypraw wojennych, Cornelia Bentivoglia, który po sześćdziesiątym piątym roku życia jeszcze płodził dzieci.
Żądza czynów, wojen, która nigdy nie dawała Alfonsowi spokoju, popchnęła go także do starania się o tron polski po ucieczce Henryka Walezjusza z Krakowa. Od czasów królowej Bony stosunki pomiędzy Estami a dworem polskim były bardzo ścisłe. Już matka Bony, Izabela Aragońska, życzyła sobie, aby kardynał Hipolit I d'Este, spokrewniony z Aragonami, a nadto, jak mówiono, bardzo bliski jej sercu, odprowadził jej córkę do Krakowa. Izabeli tym więcej o to chodziło, że Hipolit był dobrym znajomym Zygmunta I, do którego się zbliżył jeszcze za życia Władysława Jagiellończyka. Zygmunt bowiem bawił przez trzy lata, od r. 1498 do 1501, u brata Władysława w Budzie, gdzie się poznał z Hipolitem, wówczas arcybiskupem Granu. Hipolit wybierał się w jesieni roku 1517 na nowe swe biskupstwo węgierskie w Erlau, Izabela więc spodziewała się, że kardynał odroczy swój wyjazd z Ferrary na Północ do wiosny r. 1518 i stanie na czele orszaku, który miał odprowadzić do Krakowa przyszłą królową polską. Kardynałowi się jednak śpieszyło do Węgier, nie chciał czekać do wiosny, a wskutek tego Izabela powierzyła Prosperowi Colonnie opiekę nad Boną w jej podróży do Polski.
Hipolit przybył jednak z Erlau na ślub Bony do Krakowa, chociaż, jakeśmy wspomnieli, wyjechał stamtąd dość prędko wskutek nieporozumień z Colonną. Z królem i królową zachował jednak najlepsze stosunki, zwłaszcza że Bona bardzo się starała o przyjaźń z Estami, jako rodziną potężną i najbardziej arystokratyczną pomiędzy włoskimi rodami panującymi. Listy i podarunki krążyły pomiędzy Krakowem a Erlau, król Zygmunt posyła raz Hipolitowi charty i sokoły, a Bona w r. 1519 dwa wielbłądy, które zapewne z Turcji otrzymała. Wielbłądy były nie tylko w Polsce, ale i we Włoszech jeszcze wielką osobliwością, tak dalece, że Hipolit, pisząc o nich do swego brata Alfonsa, obiecał, że każe mu je odmalować. W następnym roku królowa, nie czując się zdrową i cierpiąc na zawroty głowy, prosiła Hipolita, aby jej przysłał z Erlau swego nadwornego
lekarza, księdza Andrzeja Valentiniego, który też bezzwłocznie do Krakowa wyjechał.
Valentini sądził, że cierpienia królowej sprawiają „wapory", które się podnoszą z żołądka, stan jej zresztą tłumaczył się łatwo przybliżającym się połogiem. Pierwszego sierpnia 1520 królowa powiła syna, Zygmunta Augusta, Valentini był obecnym w czasie jej słabości.
Wiadomość o urodzeniu się następcy tronu polskiego z włoskiej księżniczki powitaną została nie tylko w Neapolu, ale i w Ferrarze z wielką radością, a książę Alfons I, zawsze skory do obchodzenia świetnych uroczystości, kazał z tego powodu urządzić turnieje i ognie sztuczne. Kardynał Hipolit niedługo przeżył ów dzień radosny, umarł bowiem w miesiąc później, drugiego września 1520.
Oczywiście, że stosunki ferraryjskich książąt z dworem polskim nie zerwały się po śmierci Hipolita I, ograniczyły się jednak do ceremonialnych listów. Dopiero Alfons II zbliżył się znowu do Polski na wyprawie węgierskiej, gdzie poznał kilku panów polskich, a może i ta okoliczność nasunęła mu myśl starania się o tron polski.
Brat Henryka Walezjusza, Karol IX, król francuski, zaczął już w r. 1573 bardzo niedomagać i powszechnie spodziewano się jego śmierci. Henryk Walezy starał się też ująć niektórych panów polskich, aby wtedy, kiedy będzie musiał objąć tron francuski, albo jemu nadal pozostawili koronę polską, albo przynajmniej oddali berło jednemu z książąt, któremu by on sprzyjał. Alfons II, spokrewniony z dworem francuskim, sądził, że połączenie korony polskiej z francuską będzie niemożliwym, ale przypuszczał, że Henryk Walezy, opuszczając Polskę, pozostawi tam jeszcze dość silne stronnictwo, które by mogło przyczynić się do wyboru kandydata przez Henryka poleconego. Toteż Alfons postanowił wszelkimi sposobami pozyskać sobie przychylność i poparcie króla polskiego, tudzież działać w samej Polsce, aby tam stworzyć silne stronnictwo, które by postawiło jego kandydaturę na przyszłego króla.
Ponieważ cavaliere Bottone, zwykły poseł ferraryjski w Polsce, nie wydawał się księciu odpowiednim jego przedstawicielem w tak ważnej
chwili, więc Alfons wysłał Asćania Giraldiniego, jako nadzwyczajnego oratora do Polski, z całym sztabem członków poselstwa i urzędników, i dał mu przechowaną do dziś dnia dokładną instrukcję, w jaki sposób ma rozwinąć swoje działanie. Nowy poseł miał nawiązać stosunki z najbardziej wpływowymi osobistościami i nie szczędzić pieniędzy na pozyskanie księciu przyjaciół. W myśl tych instrukcji Giraldini zdawał sprawę, kogo potrafił ująć, na kogo by w danym razie z pewnością liczyć można było. Za najpewniejszego uważał poseł Andrzeja Zborowskiego, marszałka nadwornego, który brał udział w ostatniej wojnie węgierskiej i tam się bardzo zbliżył do Alfonsa. Również Piotr Zborowski, wojewoda krakowski, zdawał się być Giraldiniemu pewnym stronnikiem, już z tego powodu, że nie chciał w żaden sposób dopuścić na tron austriackiego księcia. Do przyjaciół Alfonsa liczył także poseł podkanclerzego Piotra Dunina Wolskiego, Szafrańca, znakomitego ruskiego pana, Stanisława Krzyckiego, kasztelana raciąskiego, i kilku innych. Pieniądze grały ważną rolę w tych układach, które się zazwyczaj toczyły przy śniadaniach i biesiadach. Śniadania trwały tak długo, że się zamieniały w obiad i kolację i przeciągały do późnej nocy, a że Giraldini był wątłego zdrowia, więc bardzo się skarżył na gorąco w komnatach, na zbytek napojów i uważał ten rodzaj negocjacji za najcięższe swoje zadanie w Polsce.
Karol IX umarł w końcu maja 1574, a Alfons miał już o tym wiadomość we dwa tygodnie później i natychmiast wyprawił drugie poselstwo do Polski, aby nie zasypiać sprawy. Powierzył je Camilowi Gualengo i Battyście Guariniemu, którego kilkakrotnie już używał do ważnych misji dyplomatycznych, do Turynu i do Rzymu.
Battista pochodził z owej rodziny, której praojcem był Guarino da Verona, sławny humanista z czasów Mikołaja III i Leonella. Chodził on na uniwersytet w Padwie, skąd wyniósł miłe wspomnienia ze stosunków z polskimi kolegami; później został profesorem na uniwersytecie w Ferrarze (1557) na miejsce zasłużonego stryja, profesora retoryki, i ożenił się z Taddeą Bandidio, córką jednej z najznakomitszych ferraryjskich rodzin, siostrą owej pięknej Lukrecji, hrabiny Machiavelli, o której jeszcze mówić będziemy. Idąc śladami swych stryjów i dziadów wystarał się Guarini, aby go Alfons II przyjął do służby, a w r. 1567 widzimy jego nazwisko na liście dworzan. Pobierał wtedy dwadzieścia skudów miesięcznie.
Guarini już w swej młodości odznaczał się wielkim poetyckim talentem, ceniono go jako znakomitego pisarza, zanim zasłynął ze swej dramatycznej sielanki Pastor fido. Mimo jednak wielkich zalet umysłu był nielubianym
nie tylko u dworu, ale i we własnej rodzinie. Niesłychanie chciwy, całe życie się procesował, a trybunały w Ferrarze, w Wenecji, w Padwie i w Rzymie ciągle były jego sprawami zajęte. Nigdy z niczego nie był zadowolony, na żadnym dworze długo nie przebywał, pomimo że bez dworskiego życia obejść się nie mógł. Gdy stanowisko jego w Ferrarze stało się niemożliwym, zamieszkał w swej posiadłości Guarina w okolicy Padwy, ale tam się czuł osamotnionym, więc przeniósł się na dwór Karola Emanuela I do Turynu, a gdy sabaudzkie stosunki go nie zadowolniły, powrócił znowu do Ferrary, gdzie został sekretarzem Alfonsa II. Urząd ten jednak niebawem porzucił, pojechał z wielkim zgorszeniem księcia do Wenecji, a zatęskniwszy ponownie za życiem dworskim przeniósł się do Turynu na stanowisko radcy państwa. Tam jednak długo nie wytrzymał, starał się o różne nowe posady, był także przez jakiś czas sekretarzem księcia toskańskiego we Florencji, aż wreszcie oparł się o dwór Roverów w Urbino. Gdy i tam mu się znudziło, wrócił do Ferrary, a następnie do Wenecji, gdzie umarł 7 października 1612. W domowym pożyciu najstraszniejszy sknera i despota, rzec można, że zamęczył żonę swą zgryźliwością, z synami się procesował i jako człowiek pozostawił po sobie najgorsze wspomnienie.
Tego więc Guariniego wybrał Alfons za swego głównego posła do Polski, a księciu tak się śpieszyło, że już siedmnastego czerwca, a więc w trzy dni po odebraniu wiadomości o śmierci króla francuskiego, znajdowało się poselstwo ferraryjskie w drodze na północ. Guariniemu został dodany Kamil Gualengo, słynny fechtmistrz i duelant, który występuje w Rozprawach Romejego jako rzecznik „honoru". Mieli oni razem jechać do Insbrucku, tam się rozłączyć, jeden z nich popłynąć barką Innem i Dunajem, drugi zwykłą drogą pojechać do Wiednia. W Wiedniu kazał im Alfons złożyć czołobitność cesarzowi i zawiadomić monarchę o swych intencjach starania się o tron Polski. Posłowie winni byli jednak oświadczyć monarsze, że gdyby arcyksiążę Ernest, syn Maksymiliana, miał zamiar kandydować o polską koronę, Alfons gotów natychmiast swych starań zaniechać. Z Wiednia miał Guarini udać się do Krakowa i Warszawy, aby zasięgnąć potrzebnych informacyj co do zamiarów Henryka III i pozyskać, o ile możności, siostrę zmarłego króla, infantkę, tudzież wręczyć jej list bardzo pięknie napisany. W Krakowie mówiono, że Guarini ma traktować o małżeństwo księcia Ferrary z infantką, o czym Hieronim Lippoman donosił 20 września 1574 r. doży weneckiemu Mocenigowi. Guarini wiózł ze sobą cały zapas obietnic, książę przyrzekał szlachcie rozszerzyć jeszcze swobody, w przeciągu dwóch miesięcy miał przysłać do Polski 300 000 złotych, „a że nie ma dzieci, Polacy jego dziećmi być mieli". Co
najważniejsza, książę obiecywał „szkołę krakowską mężami uczonymi osadzić i sprowadzić różnych mistrzów sztuk do Polski".
W miarę, jak później przybliżała się elekcja, rosły i obietnice książęce, tak że z czasem Alfons przyrzekł utrzymywać wojsko na swój koszt, płacić długi Jagiellonów i zasilić skarb Rzeczypospolitej dwoma milionami dukatów. Kilku panom polskim zobowiązał się wypłacić po czterdzieści tysięcy skudów i więcej, jeżeli będą sprzyjali jego kandydaturze.
Równocześnie wysłał Alfons także Giraldiniego, który tymczasem powrócił z pierwszego swego poselstwa, najkrótszą drogą do Krakowa, aby tam stanął jeszcze przed Guarinim i jako znany w Polsce dyplomata i zaprzyjaźniony z wieloma znakomitymi ludźmi, przygotował mu, o ile możności, dobre przyjęcie. Cały ten plan Alfonsa został pokrzyżowany szybkim wyjazdem Henryka III z Krakowa, posłowie ferraryjscy nie mogli się bowiem już widzieć z Walezjuszem. Król uciekł z Krakowa 18 czerwca i właśnie zatrzymał się w Wiedniu, kiedy Guarini tam przybył, a poseł ferraryjski widocznie nie wiedział, jak się dalej zachować, gdyż nawet nie poszedł do Henryka III, ale czym prędzej pisał do Alfonsa o dalsze instrukcje. Gdy zaś te instrukcje nadeszły, pojechał do Krakowa, gdzie się wkrótce dowiedział, że elekcja została odroczoną do przyszłego roku. Mieszkał w Krakowie, jak się zdaje u Zborowskiego, a zamiary jego popierali głównie Krzycki, Lanckoroński i Niemsta. Guarini spodziewał się, że w nuncjuszu znajdzie poparcie, ale Laureo był przeciwnikiem Alfonsa i miał wprost oświadczyć Ferraryjczykowi, że wobec kandydatury członka domu austriackiego, zamiary Alfonsa nie mają żadnych widoków. Mówią, że Grzegorz XIII przysłał nuncjuszowi dwadzieścia pięć tysięcy dukatów na koszta wyboru arcyksięcia, ale w taką hojność Stolicy Apostolskiej na cele popierania obcych interesów trudno wierzyć. Wobec odroczenia elekcji nie miał Guarini powodu pozostać w Polsce, tym bardziej że chciał księciu ze swych zachodów ustnie zdać sprawę. Powrócił więc dwudziestego piątego września do Ferrary. Ze swojej podróży był o tyle zadowolony, że — jak donosił jednemu ze znajomych — widział niebo północne, północne obyczaje i cieszył się poznaniem rzeczy, o których nie miał dotąd wyobrażenia.
II
Alfons chciał sobie wszelkimi sposobami ująć Henryka III, dowiedziawszy się więc, że król w powrocie do Francji jedzie na Tyrol i północne Włochy i że przybędzie do Wenecji, postanowił wybrać się naprzeciw niego i zaprosić go do Ferrary. Ale już przed tym zaproszeniem zdarzyła się księciu aż zanadto dogodna sposobność, aby się przypodobać królowi. Henryk potrzebował pieniędzy, był prawie bez grosza, a droga do Paryża wymagała jeszcze znacznych wydatków. Ambasador francuski w Wenecji, Du Ferrier, miał polecenie starać się o pożyczkę, zwrócił się też najprzód do czterech głównych banków florentyńskich, które miały swoje filie w Wenecji, do Strozzich, Capponich, Cransecchich i Baglionich, ale ostrożni Florentyńczycy nie wierzyli w przyszłość Henryka i nie chcieli dać ani solda. Do weneckich bankierów nie wypadało udawać się, więc Ferrier poszedł do Claudia Ariosti, posła ferraryjskiego w Wenecji, aby u Alfonsa, który uchodził za bardzo zasobnego księcia, wystarał się o jaką poważną kwotę, qualque buona somma di danari. Alfons też przyszedł w pomoc królowi, ale znów nie tak wielką sumą, jakiej się Du Ferrier spodziewał, a po rozmaitych staraniach zaręczył za pożyczkę dla Henryka wielki książę florentyński, tak że kasa podróżna uciekającego króla cokolwiek się zapełniła. Mimo to fundusze były bardzo szczupłe, a król płacił po drodze magnatom, którzy go gościli w swych zamkach, hojnie tytułami, ale nie rozdawaniem kosztownych podarunków. Zaraz na pierwszym noclegu pasował na rycerza bratanka signora Brancone, u którego mieszkał, w Piave tę samą przyjemność uczynił swemu gospodarzowi, Giovanniemu Sarcedeni, w Treviso odznaczył podobną godnością Bartłomieja Lippomana, Ragazzoniemu w Sacile pozwolił dołączyć francuskie lilie do herbu i tak całą drogę do Wenecji znaczył tworzeniem szlacheckich rodów.
Wenecka Signoria wysłała naprzeciw króla poselstwo aż do granic rzeczypospolitej, do Pontebby, które mu wręczyło list żelazny, pięknie oprawny w pąsową materię, i paszport ze złotymi ozdobami. Książę ferraryjski zaś wyjechał powitać Henryka aż do San Daniele, w sześć koni, pozostawiwszy w Wenecji wielki swój orszak. Zobaczywszy zbliżającego się króla podjechał konno pod karetę i głęboki mu oddał pokłon, ale Henryk nie poznał księcia, więc Alfons nawrócił i powtórnie się królowi pokłonił. Henryk znów się popatrzył na nadjeżdżającego z pewnym zdziwieniem, gdy się jednak dowiedział, że to książę Ferrary, czym prędzej powitał go po francusku i kazał powóz zatrzymać. Alfons chciał króla w kolano pocałować, ale Henryk nie pozwolił na ten zbyt uniżony dowód czci, podniósł go i zaprosił do swojej karocy.
W Wenecji poczyniono olbrzymie przygotowania na przyjęcie młodego panującego i słusznie pisał Du Ferrier do króla, że nie ma człowieka, który by nie myślał nad tym, jak by go uczcić, i że zgrzybiali starcy obawiają się umrzeć, zanim go zobaczą. Przyjęcie też Henryka III było może