Chartres, pomimo że katolicy, poparli bardzo gorąco jej przedstawienie i powszechnie uważano akt królewski za wielką krzywdę wyrządzoną córce Ludwika XII, którego pamięć jako dobrego króla żyła jeszcze w ludzkiej pamięci. Pod naciskiem opinii publicznej król dekret złagodził i pozostawił księżnie przynajmniej pozory władzy w jej dziedzicznych dobrach.
Walki jednak pomiędzy katolikami a hugonotami coraz groźniejsze przybierały rozmiary, namiętności doprowadzały ludzi do zwierzęcego rozbestwienia, w całym kraju lała się krew i do najstraszniej szych dochodziło okrucieństw. W Auxerre ludność katolicka upiekła na węglach serce jednego z hugonotów i rozdawała po kawałku do zjedzenia. Hugonoci uciekali, gdzie mogli, do Niemiec, do Szwajcarii, a Montargis stało się znowu przytułkiem głodnych, znękanych i zrozpaczonych kalwinów. Renata i tym razem nie krępowała się żadnymi względami, ale otwarła nędzarzom swe gościnne bramy. Rząd jednak nie zezwolił na miłosierdzie, z Paryża nadszedł rozkaz, aby księżna natychmiast wydaliła chroniących się u niej hugonotów. Księżna nie miała wojska, nie miała siły, aby się opierać królewskiej woli, 26 września 1569 czterysta sześćdziesiąt osób musiało zamek jej opuścić. Uciekającym dostarczyła Renata sto pięćdziesiąt podwód, ośm powozów i mnóstwo koni, ale zaledwie owa karawana, zdążająca do granic Francji, opuściła Montargis, a już zastąpił jej drogę oddział królewskiego wojska i chciał mordować wygnańców. Jeden z nich, Piotr Beaumont, przemówił do swych towarzyszy zachęcając ich, aby się poddali i przyjęli śmierć z taką pokorą, z jaką ją Chrystus przyjmował. W ostatniej jednak chwili, nim zbrodnia spełnioną została, nadjechał zastęp protestanckiego rycerstwa i po krótkiej walce z królewskimi uwolnił wygnańców.
Renata chwilę tylko mogła się cieszyć tym zwycięstwem, gdyż niebawem zmuszono ją do wydalenia wszystkich dworzan „niepewnej wiary". Był to dla niej cios wielki, a gdy się ze swymi dawnymi sługami rozłączyć musiała, mówiła, iż ma wrażenie, jakoby się sama z sobą rozstawała. Tymczasem bez wytchnienia, bez litości niszczyły się wzajemnie obydwa stronnictwa w strasznej walce, w obydwu obozach zaczynało brakować środków materialnych, aby dalej się tępić. Z konieczności nastąpił więc pokój, a raczej rozejm, zawarty w sierpniu w roku 1570. Renata tak się nim ucieszyła, że gdy jej o dziesiątej wieczór jeden ze służących o tym doniósł, dała mu aż pięć liwrów w nagrodę za dobrą wiadomość. W zamian jednak za chwilowy religijny pokój groziły jej inne troski. Ostatnie wypadki, utrzymywanie licznego dworu, tudzież bezgraniczna dobroczynność kosztowały księżnę niezmiernie dużo, tak że dochody od
dłuższego już czasu nie wystarczały na pokrycie wszystkich wydatków. Chcąc się finansowo ratować, wytoczyła królewskiemu skarbowi proces o wydanie jej części spadku po Ludwiku XII, która, według zdania doradców, jej się należała. Żądania te nie miały jednak zupełnie pewnej podstawy, wynik procesu był więc wątpliwym, dopiero za pośrednictwem królowej-matki przyszło pomiędzy koroną a Renatą do układu, na podstawie którego otrzymywała księżna odtąd rocznie 60 000 liwrów. Do tak korzystnego załatwienia sprawy przyczynił się głównie w Paryżu wzgląd na jej córkę, księżnę de Nemours, której mąż był jednym z najznakomitszych wodzów królewskiej armii.
Losy jednak nie oszczędziły Renacie jeszcze w końcu jej życia najstraszniejszego cierpienia, jakie ją tylko spotkać mogło. Podupadła już na siłach, schorowana, wybrała się w lutym roku 1572 do córki do Paryża, a nieszczęście chciało, że tam doczekała się pamiętnej rzezi hugonotów w nocy św. Bartłomieja. We środę 20 sierpnia bawiono się jeszcze na królewskim dworze, w teatrze przedstawiano wielką feerię, która się bardzo podobała. Ale już wtedy znalazły się głosy, które treść przedstawienia uważały za złą przepowiednię. Na scenie, po prawej stronie, urządzono raj, po lewej piekło; wejścia do raju broniło trzech rycerzy, piekło zaś roiło się od diabłów i diablików, krzątających się wśród siarki i ognia. Środkiem sceny płynęła rzeka, na której Charon wiosłował, przewożąc zbawionych do nieba albo potępionych do piekła. Grupy błędnych rycerzy w różnorodnych strojach przychodziły do raju prosząc o przyjęcie, ale uzbrojeni stróże bronili im przystępu i odganiali ku stronie piekła. Merkury przyjechał na kogucie i w pięknym wierszu winszował stróżom raju, że tak dzielnie bronili wrót, powierzonych ich czujności. Widzowie tłumaczyli sobie, że owymi obrońcami nieba, stróżami religii katolickiej, był król ze swymi braćmi, i że do piekieł wrzucono hugonotów, na których czele stał król Nawarry.
Renata, przybywszy do Paryża, nie zamieszkała u córki w Luwrze, ale w klasztorze Notre-Dame, czemu przypisać należy, że w nocy dwudziestego trzeciego sierpnia nie była naocznym świadkiem rzezi, która ograniczała się zrazu do okolic królewskiego pałacu. Gdy jednak morderczy szał opanował w dniach następnych i dalsze części miasta, zaczął się król obawiać o jej losy i wysłał czym prędzej do klasztoru oddział wiernych żołnierzy, którzy by jej bronili przed napaściami sfanatyzowanej ludności. Ośm dni szalała krwawa burza, a gdy tylko Paryż się cokolwiek uspokoił i bramy miasta zostały otwarte, Renata wyjechała pod opieką zbrojnych, których jej dostarczył diuk de Guise, morderca Coligny'ego. I dobrze, że wyjechać mogła, gdyż tłuszcza do tego stopnia się rozbestwiła, że trupa
Coligny'ego wydobyła jeszcze z Sekwany, „jako niegodnego, aby nawet rybom za żer służył".
Renata przybyła szczęśliwie do Montargis, ale te wypadki złamały ją, zestarzała się bardzo i zeszczuplała, zdawało się jej, że tym razem reforma zupełnie zgniecioną zostanie i że jej religijne ideały rozwiane będą na zawsze. Silna dotąd w swych przekonaniach i niezachwiana, zaczęła ulegać przemocy w obawie, aby na swych kalwińskich poddanych podobnych jak w Paryżu nie sprowadzić nieszczęść. Zaprzestała więc wszelkiej religijnej agitacji, tym bardziej że córka donosiła jej z Paryża, że hugonotów będzie się siłą zmuszać do powrotu na łono Kościoła katolickiego, że król wyda edykt rozkazujący wszystkim bez wyjątku chodzić na mszę i że już wskutek tego tak król Nawarry, jak i książę Kondeusz byli na mszy. Gdyby zaś Renata nie poddała się nowym przepisom, to musiałaby się obawiać, że za swą panią służba i całe otoczenie będzie pokutowało. W sposób łagodniejszy, ale niemniej stanowczy, pisała królowa-matka namawiając ją, aby otwarcie zerwała z reformą, co by według zapewnień Katarzyny Medycejskiej wielką radość sprawiło królowi. Ostatni ten list nie wywarł na Renatę spodziewanego wrażenia, gdyż równocześnie prawie nadeszły wiadomości z Orleanu o popełnionych tam okrucieństwach i o strasznym położeniu hugonotów. Zbuntowana dusza Renaty zwróciła się znowu ku prześladowanym i wtedy po raz ostatni otworzyła księżna bramy swego zamku wygnańcom, ku wielkiemu zgorszeniu króla i całego jego otoczenia.
W końcu wyczerpały się jej siły. Znękana strasznymi wrażeniami ostatnich miesięcy, pozbawiona przyjaciół, którzy musieli uciekać do Szwajcarii, do Niemiec, do Anglii, nie mająca oparcia w rodzinie, gdyż Alfons Ferraryjski był jednym z najzawziętszych nieprzyjaciół reformy, a Anna zamężna za jednym z naczelników stronnictwa katolickiego we Francji, straciła wszelką nadzieję, aby mogła jeszcze pomóc swoimwspółwyznawcom. W modłach swych oddawała Stwórcy sprawę, której całe życie poświęciła.
Na domiar nieszczęść zachorował w r. 1574 w Paryżu, na bardzo silny atak artretyczny, jej ukochany syn, kardynał Luigi. Lekarze na chwilę zwątpili, czy go zdołają utrzymać przy życiu. Pomimo że sama była bardzo osłabiona, postanowiła Renata udać się do chorego, ale podróż ta zniszczyła resztę jej sił i gdy przybyła do Paryża, dostała uporczywej febry, która jej już prawie nie opuszczała. Zaledwie jednak stan zdrowia kardynała się cokolwiek polepszył, kazała się z powrotem zawieźć do swego ukochanego Montargis, gdzie pragnęła dokończyć życia. Tam doszła ją jeszcze wiadomość o śmierci króla i o ucieczce Henryka III z Krakowa,
o której bliższe szczegóły doniósł jej kardynał Luigi. Niknąc na siłach umarła piętnastego czerwca 1574, a z dzieci może tylko kardynał i córka Anna szczerze jej żałowali. Alfons prawie wstydził się pamięci matki, nie pozwolił na żadną uroczystość żałobną i w Rzymie zapytywał się, czy wolno odprawić nabożeństwo za jej duszę i w dzwony uderzyć. Stolica Apostolska odpowiedziała, że skoro Renata umarła jako heretyczka, nie może być mowy o jakiejkolwiek religijnej uroczystości. Również i w Paryżu, mimo najusilniejszych starań kardynała, nie pozwolił król na obchód pogrzebowy i na umieszczenie ciała w królewskich grobach w Saint-Denis, córka więc kazała pochować matkę w kaplicy zamku Montargis, dokąd trumnę zaniosło sześciu ubogich stosownie do woli zmarłej. W kilka dni później odprawiono jednak na rozkaz księcia de Nemours katolickie nabożeństwo za duszę Renaty.
Księżna pozostawiła testament, w którym opisując w krótkości bieg swego życia i dziękując Bogu za to, że pochodzi od króla, którego nazywano „ojcem ludu", składa wyznanie swej wiary w myśl zasad Kalwina.
ROZDZIAŁ DRUGI
ALFONS II
I
Alfons należał do niepospolitych ludzi: odważny, dzielny, pełen sił i życia, chciał wszystkim się zajmować, o wszystkim wiedzieć. Ferrara była za ciasną na tę herkuliczną organizację. Często w największą burzę, w ulewny deszcz wyjeżdżał z miasta, aby niejako walczyć z żywiołem, a raz podczas takiej wyprawy zerwał mu wiatr budę z karocy i zaniósł do Padu. Jeździł konno, powoził czwórką i sześcioma końmi znakomicie, łowom oddawał się z namiętnością, która z czasem powszechne na niego wywołała oburzenie, gdyż nie wolno było na całym ferraryjskim terytorium nikomu polować, prócz księciu i jego towarzyszom. Raz kazał sześciu ludzi powiesić, ponieważ przekroczyli zakaz polowania i zabili kilka sztuk zwierzyny. Gdy nie można było wyruszyć na łowy, urządzał książę teatry, turnieje, bale, bankiety, koncerty, grał w palę, podczas karnawału stał na czele zabaw, a gdy już nie miał nic innego do czynienia, zamykał się w pracowni i naśladując w tej mierze Medyceuszów zajmował się chemią i wynajdywał rozmaite trucizny do celów medycznych. Zawziętym był nadto mechanikiem i budowniczym, zapraszał na swój dwór znakomitych alchemików, 'inżynierów, przemysłowców, zaprowadzał w Ferrarze rozmaite industrie, jak tkanie kobierców, wyprawianie skór na sposób kordubański, sam wynalazł jakiś rodzaj porcelany, który wyrabiał w swej fabryce majolik. Wyborny organizator, urządził tak doskonałą służbę dyplomatyczną, że miał ze wszystkich sąsiednich dworów najlepsze informacje polityczne.
Posłowie i korespondenci przesyłali księciu i jego kancelarii całe stosy sprawozdań, które zwano Awisi e notizie, toteż dyplomatyczne archiwum esteńskie stało się, jak mawiał Francesco III, przedostatni książę Modeny, gdzie owe dokumenty są przechowane, najkosztowniejszym klejnotem rodu, la gemma piu preziosa delia Serenissima sua Casa. W aktach tych znajdują się liczne korespondencje prowadzone z Polską, a
zaczynają się od r. 1514 za czasów Zygmunta I i sięgają aż po rok 1781. Są tam nadto listy wymieniane z Boną Sforzą i różnymi członkami rodów królewskich w Polsce, tudzież z prywatnymi familiami, jak Radziwiłłami, Zborowskimi, Lubomirskimi, Kmitami.
Literatura i sztuka również zajmowały Alfonsa. Zaraz po objęciu rządów kazał powiększać esteńską, bardzo już wówczas cenną bibliotekę, chciał założyć drukarnię na wielkie rozmiary, sprowadzając w tym celu słynnego drukarza z Wenecji, Giolita, ale to przedsiębiorstwo się nie powiodło. Wspierał uniwersytet, gromadził około siebie literatów, jak Patriccio, Guarini, Montecatini, Salviati, Borghesi, powierzał im profesury i poselstwa, a dość powiedzieć, że za jego panowania wzbogaciła się literatura, nie tylko włoska, ale literatura świata taką epopeją, jak Gerusalemme, i takimi dziełami scenicznymi, jak Aminta i Pastor fido.
Alfons łatwo i gładko mówił, nie opuszczał też żadnej sposobności, kiedy mógł się swoją wymową popisać, władał pięcioma językami, oprócz włoskiego, francuskim, łacińskim, hiszpańskim i niemieckim.
Wiele wad zbliżało go do Borsa: był niesłychanie dumny i zarozumiały, osobliwie zaś chełpił się dzielnością, rozumem i znakomitym swym rodem. Do ciemnych stron jego charakteru należała mściwość, skłonność do wendety. Gdy urządzając wyprawę na Węgry zawezwał Pier Gentila Varana, aby wziął w niej udział, a Varano, wymawiając się brakiem fortuny, nie uczynił zadość jego życzeniu, Alfons zrazu nie dał poznać niezadowolenia swemu wasalowi, ale po latach wtrącił go do więzienia z jakiegoś zupełnie błahego powodu. Częścią dla pompy, częścią dla bezpieczeństwa wychodził Alfons na ulicę tylko z eskortą gwardii, składającą się z pięćdziesięciu Szwajcarów i Niemców, stu kawalerzystów i dwudziestu pięciu piechurów. Kawalerią dowodzili hr. Ercole Bevilacqua i br. Eneasz Montecuccoli.
Nadzwyczaj chodziło Alfonsowi o utrzymanie dobrych stosunków z cesarzem i z arcyksiążętami, więc chcąc się im przypodobać, co roku posyłał do Wiednia to rzadkie rośliny, to owoce, to marynaty z ryb, to mortadele i salami. Aby zaś te przysmaki jak najlepiej były przyrządzone, a nic nie kosztowały, prosił zwykle panie z ferraryjskiej arystokracji, aby mu je przysyłały w podarunku. Chcąc ująć cesarza, a zarazem dogodzić swemu wojowniczemu usposobieniu, postanowił w r. 1566 udać się ze znacznym oddziałem zbrojnych do Węgier, aby pomagać monarsze w odpieraniu tureckiego najazdu. Ludność ferraryjska była niezadowolona z tej wyprawy, która dużo kosztowała, a żadnych bezpośrednich nie przynosiła korzyści, szczęściem, że niebezpieczeństwo tureckie tym razem