Dwór w Ferrarze (Chłędowski Kazimierz) str. 36

Sponsorzy:


alt
alt
alt
utworzyło się we Włoszech. Rzymskie Oratorium istniało wszakże niedługo, a po Saoco di Roma już o nim nie słychać. Zresztą miało ono zbyt osobiste cele swych członków na oku, aby mogło jakieś skuteczniejsze rozwinąć działanie.
Później Paweł III, zaraz po wstąpieniu na Stolicę Apostolską w roku 1536, powołał kilku znakomitych ludzi, jak Contariniego, Caraffę, Sadoleta, Pola, aby się zajęli poprawą Kościoła, ale reformy Pawła III były tylko pisanymi reformami, gdyż sam papież był zanadto dyplomatą i zanadto zajęty interesami swego rodu, a pomiędzy kardynałami za wiele istniało wzajemnych zawiści, aby mogło dojść do rzetelnej, energicznej pracy. Wszelkie reformy odkładano do koncyliów, a koncylia niewiele przynosiły owoców. W kolegium kardynałów jeden tylko Giovanni PietroCaraffa pragnął rzeczywiście czynów, pragnął ująć rządy kościelne żelazną ręką i widział w bezwzględnym, despotycznym postępowaniu kurii rzymskiej jedyny ratunek. Jego dążnością było, o ile możności, rozszerzyć potęgę władzy duchownej, najsurowszymi środkami zniszczyć kacerzy, równocześnie oczyścić hierarchię kościelną z niemoralnych żywiołów, zaprowadzić karność pomiędzy duchowieństwem, wrócić pod tym względem do czasów Grzegorza VII. Caraffa pochodził z arcykatolickiego, arystokratycznego rodu neapolitańskiego, który sprowadził relikwie świętego Januarego do Neapolu i wystawił ową przepyszną kaplicę Tesoro Vecchio, która do dziś dnia jest prawie symbolem wiary Neapolitańczyków. Arcybiskupstwo neapolitańskie było prawie dziedziczną godnością Caraffów, a Giovanni Pietrood dzieciństwa był przeznaczonym na dygnitarza Kościoła. Tym razem usposobienie umysłowe młodego Neapolitańczyka zgadzało się zupełnie z celem życia, do którego miał dążyć. Z wrodzoną sobie energią i z całym zapałem południowca poświęcił się Kościołowi, za młodu jeszcze założył arystokratyczny zakon teatynów, który miał być niejako zawiązkiem zreformowanego, poprawionego duchowieństwa. Zdolności wszakże i położenie społeczne powoływały go na wyższe stanowiska. Brał on przez jakiś czas udział w lateraneńskim konćylium, następnie wysłała go kuria rzymska jako swego legata do Anglii, później był członkiem rady Ferdynanda hiszpańskiego, gdzie zajął stanowisko prawdziwie włoskie, patriotyczne i bronił z wielką siłą interesów neapolitańskich wobec obcej dynastii. Swą godność kościelnego dygnitarza cenił tak wysoko, że gdy mu raz kazano z rozpoczęciem mszy czekać na młodego jeszcze Karola V, odpowiedział szorstko, że, ubrany w święte szaty, na nikogo czekać nie będzie. Hiszpanów nienawidził już jako syn uciskanego przez nich Neapolu, nazywał ich zawsze pogańskim, niechrześcijańskim narodem, mieszaniną Maurów i Żydów, co zresztą o tyle z prawdą
 
się zgadzało, że wyższe klasy Hiszpanii składały się w znacznej części z tak zwanych Maranów, przechrzczonych Żydów, albo z potomków południowych Maurów. Mimo to Caraffa przejął się pod wielu względami hiszpańskim duchem, a mianowicie owym najzupełniejszym brakiem tolerancji religijnej, jaki właśnie charakteryzował tamtejszych neofitów. Z Hiszpanii wyniósł także Caraffa wiarę w skuteczność inkwizycji, która tam wyrobiła się na instytucję narodową, stała się drugim rządem obok rządów królewskich, potężniejszym może aniżeli te ostatnie. Gdy więc Caraffa wrócił do Włoch i zajął wysokie kościelne stanowisko, jednym z jego głównych dążeń było zreformować włoską inkwizycję, która w rękach zakonów żebrzących, a osobliwie franciszkanów, stała się w ciągu czasów XIV i XV wieku mało znaczącą instytucją kościelną, pozbawioną wszelkiego wpływu. W Wenecji i Neapolu była ona prawie narzędziem państwa, a nie papiestwa, we Florencji nikt się o nią nie troszczył. Mimo to Klemens VII z pewnym niedowierzaniem spoglądał na starania Caraffy, obawiając się może u niego dążeń do ograniczenia papieskiej władzy, a i kolegium kardynałów nie ufało także żądnemu wpływów Neapolitańczykowi. Po długich staraniach i walkach w kurii rzymskiej przeprowadził wreszcie Caraffa w roku 1542 swoje zamiary, pomimo że i ówczesny papież, Paweł III, długo się opierał wzmocnieniu inkwizycji z obawy, by instytucja ta, wzmocniwszy się z czasem, nie stała się dla samego papiestwa niewygodną. Prawie wbrew swemu przekonaniu papież ustąpił i podpisał bullę Licet ab initio, która zaprowadzała w Rzymie „Święte Officjum Inkwizycji" i nadawała tej instytucji niesłychaną władzę, pozwalała jej więzić, sądzić i karać nie tylko winnych herezji, ale i podejrzanych o nią, bez względu na stanowisko winnych, choćby to byli najwyżsi dygnitarze Kościoła. Znane są słowa Monforta, który po strasznym wytępieniu albigenzów, winnych i niewinnych, powiedział: „Zginęli wszyscy, Bóg wybierze swoich." Otóż ta zasada świadomej niesprawiedliwości na nowo odżyła. Inkwizytor nie był związany żadnymi prawami, wolno mu było z dobrą lub złą wiarą przenikać serca ludzkie bez jakiegokolwiek ograniczenia, bez jakiejkolwiek moralnej kontroli. Jeżeli zbłądził, jeżeli wydał wyrok niesprawiedliwy, mniejsza o to, „Bóg wybierze swoich", wynagrodzi w niebie za ziemskie cierpienia niewinnie spalonego na stosie. Wszelkie odziedziczone po starożytności zasady, postanowienia i reguły procedury karnej zostały zachwiane wobec bezwzględnej samowoli inkwizytora, pojęcia prawne na długie czasy się zatarły.
Sant' Officio składało się z sześciu kardynałów pod przewodnictwem papieża, a pomiędzy kardynałami znajdowali się: Caraffa, Cervino,
 
Ghisleri, trzej późniejsi papieże. Groźny trybunał postanowił przede wszystkim zabronić rozpraw o rzeczach religijnych i zamknąć usta sławnym kaznodziejom, którzy rozwodzili się nad poprawą Kościoła. Pierwszą więc, a w każdym razie jedną z pierwszych ofiar inkwizycji miał zostać Ochino, którego wezwano do Rzymu w imię zakonnego posłuszeństwa. Ochino właśnie co ukończył swe sławne kazania w Wenecji, które się nuncjuszowi papieskiemu bardzo nie podobały. Kapucyn zrazu usłuchał wezwania, ale w drodze do Rzymu, we Florencji, odradzali mu przyjaciele dalszej podróży, sądząc, że Sant' Officio albo go spali na stosie, albo co najmniej ukarze dożywotnim więzieniem. Pomimo więc, że Ochino miał już blisko pięćdziesiąt sześć lat i rozstanie z ojczyzną ciężkim dlań było, postanowił ratować się ucieczką poza Alpy. Zakonnik Don PietroMartire i Katarzyna Cibo dali mu pieniędzy. Ascanio Colonna, brat Wiktorii, podarował konia, aby mógł czym prędzej z Włoch wyjechać. A był to już czas ostatni do ucieczki, gdyż w chwili kiedy Ochino potajemnie wyjeżdżał z Florencji, pachołki inkwizycji niespodzianie otoczyli klasztor Osservanza pod Sieną, sądząc, że się tam zatrzymał. Ale Ochino jechał już na Północ i tylko wstąpił do Ferrary, gdzie go księżna Renata opatrzyła w potrzebną do podróży odzież. Stamtąd udał się do Genewy, gdzie się zupełnie związał z reformacją i pisał do przyjaciół, „że we Włoszech musiał w masce głosić Chrystusa, a tu może go czcić z otwartym obliczem". Usprawiedliwiał się także przed Wiktorią Colonną, dlaczego Włochy opuścił, dawna przyjaciółka jednak, obecnie już w obawie przed inkwizycją, zamiast mu odpisać, odesłała list do Sant' Officio. Za przykładem Ochina poszło wielu innych kapucynów, a nuncjusz Mignanelli donosił w roku 1542 kardynałowi Farnese do Rzymu, że ciągle się słyszy o kapucynach, którzy zrzucają habit i śpieszą za swym mistrzem.
Od chwili opuszczenia Włoch szedł Ochino z miasta do miasta, miewając kazania, wydając książki, głośne pomiędzy reformatorami. W Genewie ożenił się, uważając życie mnichów za niemoralne, miał jeszcze kilkoro dzieci i z całą rodziną tułał się później po świecie. Z Genewy udał się do Bazylei, następnie rada miasta Augsburga zaprosiła go na kaznodzieję. Stamtąd musiał uciekać, gdyż Karol V żądał, aby go wydano. Schronił się do Anglii, zasłynął tam za rządów Henryka VIII i Edwarda VI jako teolog, ale z chwilą kiedy reakcja katolicka zwyciężyła i Maria Tudor doszła do władzy, groziła mu śmierć na stosie albo więzienie w Towrze. Ochino miał wtedy lat sześćdziesiąt sześć, niespożyty jednak na siłach, schronił się znowu na stały ląd, bawił w Bazylei, w Strasburgu, w Genewie, w roku zaś 1555 przeniósł się do Zurychu, gdzie się około niego zgromadziło całe koło Włochów, uciekających z ojczyzny z powodu
 
swych religijnych przekonań, pomiędzy innymi Francesco Lismanin, były prowincjał minorytów w Polsce, i markiza Izabela Manriquez, która uchodziła w Neapolu za jedną z najgorliwszych zwolenniczek Valdesa. W Zurychu poznał się Ochino także z Leliem Socinem, słynnym reformatorem, pochodzącym z Sieny, a nawet posądzano go później, że przyjął jego nauki.
Im Ochino był starszy, tym więcej i skrajniej pisał, tym niebezpieczniejszych chwytał się tematów. Mieszkając w Zurychu, wydał w r. 1563 w Bazylei swą głośną książkę Trzydzieści dialogów, która pomiędzy tamtejszymi protestantami wielkie wywołała zgorszenie. Przede wszystkim powstawano przeciw poruszonej w tym dziele kwestii wielożeństwa, której wprawdzie Ochino nie rozstrzygał, ale na poligamię w pewnych wypadkach z dość przychylnego zapatrywał się stanowiska, a mianowicie przypuszczał ją w razach, gdy pierwsza żona dzieci mieć nie może. Charakterystyczną jest dedykacja tej rozprawy Bractwu bolesnych i cierpiących małżonków. Zarzucano mu, że pisze w tej mierze pro domo sua, na to jednak trudno się zgodzić, jeżeli się zważy, że Ochino miał wówczas lat siedmdziesiąt siedm i według świadectw nawet jego nieprzyjaciół zawsze przykładne prowadził życie. Z powodu tej gorszącej rozprawy został Ochińo wygnany z Zurychu, zgnębiony starzec musiał znowu z czworgiem dzieci szukać schronienia w Bazylei, gdzie go wszakże nie przyjęto, ponieważ, drukując tam owe trzydzieści dialogów, ściągnął hańbę na spokojne miasto. Szedł więc dalej na wschód, do Norymbergi i pisał rozprawę, w której starał się uniewinnić z zarzutów, podniesionych przeciw sobie przez zuryskich i bazylejskich protestantów. Gdy mu wszakże i w Norymberdze długo pozostać nie pozwolono, postanowił iść do Polski, gdzie chwilowo łagodnie się obchodzono z nowatorami. Zdaje się, że Ochino już dawniej myślał o Polsce, gdyż „Dialog o Trójcy" poświęcił księciu Mikołajowi Radziwiłłowi. Książę jednak tego druku nie otrzymał, gdyż w liście pisanym do Kalwina skarżył się, że książka gdzieś w drodze przepadła. W podróż do Polski wybrał się Ochino na wiosnę roku 1564 i wziął ze sobą list polecający od księgarza Perny w Bazylei do Marcina Czechowicza. Gdy się w Rzymie dowiedziano, że były kapucyn zamierza udać się do Krakowa, zaniepokojono się tym, a kardynał Borromeo pisał już 5 lutego 1564 do kardynała Commendoniego, wówczas nuncjusza apostolskiego w Polsce, „że ze Szwajcarii dochodzi go wiadomość, iż ten niegodziwiec Ochino ma zamiar udać się do Polski. Jego Świątobliwość uważa za stosowne ostrzec Królewską Mość o gorszącym życiu tego człowieka i prosi nuncjusza o postaranie się, aby Ochino nie znalazł w Polsce przyjęcia i nie zepsuł tego", co jeszcze w tym
 
kraju dobrego zostało, i nie rozniecał tam większych niepokojów." Mimo te przestrogi pozwolono przybyć Ochinowi do Krakowa, gdzie stanął z końcem maja albo w czerwcu i miewał publiczne kazania po włosku. Starzec mówił jeszcze tak pięknie, tak porywająco, że, według współczesnych świadectw, wszyscy kaznodzieje przy nim gaśli i słuchacze tłumnie się do niego cisnęli.
Zdaje się, że sam Zygmunt August łagodnym spoglądał okiem na pojawienie się Ochina, królowi bowiem musiały przypaść do serca owe rady włoskiego kaznodziei „o bolesnych i cierpiących małżonkach".
Król nie lubił swojej żony, Katarzyny Austriackiej, córki cesarza Ferdynanda, nie miał z nią dzieci i chętnie byłby się z nią rozwiódł. Sympatię królewską do Ochina musiało spostrzec duchowieństwo, do niej odnoszą się bez wątpienia skargi Hozjusza w liście do Reszki, „iż kacerze króla przeciw królowej podszczuwają, a szczególnie Ochin ośmiela go do niesłychanego kroku, który by świat cały i wszystkie żywioły w Polsce obruszył i onę w jednym mgnieniu na niwecz strawił". O ile jednak królowi mogły się z osobistych powodów podobać rady Ochina, o tyle cudzoziemski kaznodzieja „całą niewieścią rzeszę obruszył", tym bardziej że zdarzające się wówczas gorszące przykłady pożycia z kilkoma żonami zwróciły już na siebie uwagę władz duchownych, a w archiwum metropolitalnym gnieźnieńskim znajdowało się w latach od roku 1520 do 1570 szesnaście aktów rozwodowych ex occasione polygamiae.
Utrzymywano, że Ochino poświęcił królowi polskiemu swoją rozprawę o wielożeństwie, co oczywiście prawdą nie jest, gdyż takiej dedykacji kancelaria królewska nie byłaby przyjęła, poświęcił jednak Zygmuntowi Augustowi inną ze swych rozpraw, a mianowicie Rozmową, jak się należy z kacerzami obchodzić, w której nakłania monarchę do tolerancji wobec ludzi wyznających nowe zasady religijne.
Można sobie wyobrazić, w jaki sposób niższe duchowieństwo, które nie przebierało wówczas w wyrazach, poczęło gromić Ochina, zwłaszcza gdy ksiądz Melchior Mościcki, sławny z nauki i gorliwości dominikanin, na próżno starał się go nawrócić. Powszechnie nazywano Ochina „przywłoką, szkaradnych zasad opowiadaczem", a występowali przeciw niemu nie tylko katolicy, ale i luteranie, gdyż nie wierzył w Trójcę. Z dwóch stron więc skierowano na starca ataki, a obecność jego w Krakowie bez wątpienia niemało się przyczyniła do uchwały sejmowej parczowskiej z 7 sierpnia 1564, nakazującej wszystkim postronnym kacerzom kraj opuścić. Ochino musiał więc znowu iść na tułaczkę. Wielu przychylnych mu
 
obywateli namawiało go, aby pomimo wyroku sejmowego pozostał w Polsce, i dawało mu w swych domach schronienie, ale tułacz odpowiadał, że krajowej zwierzchności ulegać należy i że wypełni rozkaz opuszczenia Polski, choćby mu „przyszło gdzie w lesie lub na polu uskwierknąć". Opuścił więc Kraków, a zwracając się na zachód, wstąpił do Pińczowa, owego gniazda innowierców, aby się pożegnać ze swymi zwolennikami. Tam trafił na zarazę, która mu troje dzieci zabrała. Znękany, złamany szedł dalej i w trzy tygodnie po opuszczeniu Polski umarł opuszczony w Stychowie na Morawie w roku 1564. Za życia wszystkie sekty protestanckie nań uderzały, a po śmierci wiedli o niego spór luteranie, kalwini, sakramentarze, socynianie, trójbożcy, nowochrzczeńcy; każda z tych sekt utrzymywała, że do niej należał.
Po odjeździe Ochina z Włoch przestał być zakon kapucynów wielkim czynnikiem w dziele kontrreformacji. Zakon ten, przede wszystkim jako kaznodziejski, z czasem znakomite usługi oddawał papiestwu, ale nie doszedł jeszcze do tej potęgi, jaka była potrzebna, aby naczelne w walce z protestantyzmem zająć, stanowisko. W ogóle włoskim dążeniom przeciwreformacyjnym, tym kongregacjom del Divino arnore i innym podobnym stowarzyszeniom, brak było talentu organizacyjnego, energii i jedności w dążeniu do jasno wytkniętego celu. W tych wszystkich szlachetnych i pięknych staraniach zanadto wiele było religijnego romantyzmu, który, jak każdy romantyzm, rozpływał się w niejasnych formach i nie wydawał dojrzałych, pożytecznych owoców. Do walki z reformatorami trzeba było potężnego organizatora, męża żelaznej woli. W najkrytyczniejszej dla Kościoła chwili wystąpił taki organizator, człowiek, który stał się duszą rozpoczynającej się kampanii. Hiszpański żołnierz, genialny administrator o niesłychanej sile charakteru, ukazał się naraz w Wenecji, chcąc odbyć pielgrzymkę do Ziemi Świętej. Był to człowiek do tego stopnia kaxnego ducha, że chociaż mistyk z usposobienia, umiał nawet mistykę ująć w żelazne obręcze i zrobić z niej sprężynę ziemskiego, ściśle ludzkiego działania. Ignacy Loyola zaczął w Wenecji organizować i rozsyłać swoich towarzyszy, tam go też poznał ferraryjski Ercole II, który od razu przeczuł, że ten żołnierz-asceta odegra wielką rolę w walce z reformacją. Kilku też jezuitów, których Loyola wysłał w r. 1537 do Rzymu, aby się tam dali poznać i starali o pomoc Pawła III, przechodziło przez Ferrarę i doznało tam z polecenia księcia nader przychylnego przyjęcia. Bawiła właśnie wówczas w Ferrarze Wiktoria Colonna i ona także witała przechodniów z miłością, nie przeczuwając nawet, jakie ci szermierze religijnego ruchu zajmą z czasem stanowisko. Szli do Rzymu piechotą, ubrani z hiszpańska, jak żołnierze, tak że ich po drodze uważano za Hiszpanów,