żądaniu i oddał całą sprawę w ręce inkwizytora. Inkwizytor też nie zadowolnił się uwięzieniem Gianetta, ale żądał jeszcze aresztowania Jana Boucheforta, księdza z Tournay, jednego z najbardziej Renacie oddanych dworzan, późniejszego jej sekretarza, i Jana Cornilau, ulubionego jej służącego, którego przywiozła ze sobą do Ferrary.
Wskutek tych uwięzień rozpoczęła się otwarta już wojna pomiędzy księciem a Renatą. Książę chciał, aby winni byli ukarani, Renata zaś, z całym uporem i zawziętością Bretonki, poruszała Francję i Rzym, aby jej ulubieni dworzanie zostali uwolnieni jako poddani francuscy. Ercole rad był skorzystać ze sposobności, aby panią Pons zawikłać w tę sprawę i w ten sposób pozbyć się jej z Ferrary. Pisał on do króla, „że córka gorsza od matki, od Soubisy, i że ona wywołała całe to zajście w kościele", ale skargi na nic się nie przydały, król życzył sobie, aby pani Pons przy Renacie została. Intrygi zresztą i pisaniny pomiędzy Francją a Ferrarą ciągnęły się dość długo i byłyby jeszcze bardziej zaostrzyły stosunek księcia do Renaty, gdyby, na szczęście, główny przestępca, na którego wskutek przeprowadzonego procesu cała odpowiedzialność spadała, nie był uciekł w drodze, kiedy go pod wojskową eskortą prowadzono z' Ferrary do trybunału inkwizycyjnego w Bolonii. Według wszelkiego podobieństwa do prawdy, sami żołnierze dopomogli mu do ucieczki, a żołnierzami kierowały pieniądze Renaty. Nazwisko owego herszta herezjarchów zostało skreślone w aktach inkwizycji tak, że go odczytać nie można, wiadomo tylko, że była to bardzo wybitna i niebezpieczna osobistość. Historycy, którzy bliżej akta tego procesu badali, domyślają się, że więźniem był albo sam Kalwin, albo Marot, albo wreszcie kanonik Tillet. Najprawdopodobniej był to sam Kalwin.
Po ucieczce głównego obwinionego stracił proces dużo na znaczeniu, a ponieważ Rzym skłaniał się ze względu na króla Francji ku łagodnemu postępowaniu wobec innych więźniów, więc wydano ich ambasadorowi francuskiemu w Wenecji pod warunkiem, aby więcej nie wracali do Ferrary. W ten sposób z ważniejszych osobistości francuskich pozostało na dworze Renaty tylko małżeństwo de Pons, para wystarczająca, aby dalsze prowadzić intrygi.
W powyższym procesie ciekawe były zeznania jakiegoś franciszkanina, który się przyznał inkwizytorom, że był raz na nocnym zebraniu w pokojach Renaty, na którym jakiś niski, brzydki Francuz, un Galio di bassa statura, z niezwykłą gwałtownością występował przeciw władzy papieskiej i krytykował rozmaite artykuły wiary. Franciszkanin nie wiedział nazwiska owego Francuza, trzeba się jednak domyślać, że był nim sam Kalwin, albowiem współcześni opisują go jako człowieka małego
wzrostu, chudego, o oliwkowej cerze i czarnych włosach, w ogóle o niekształtnej postaci. Natomiast mówią o nim, że był niesłychanie żywego umysłu, cięty i logiczny w odpowiedziach, starający się udanym spokojem twarzy pokrywać wybuchy namiętności, które nim miotały.
Pod osłoną Renaty odbywały się więc w Ferrarze, na dworze książęcym, zebrania reformatorów, a widocznie zapuszczali oni swe sieci już i po klasztorach, skoro zaprosili tam i owego franciszkanina.
V
W owym czasie przyjechała Wiktoria Colonna do Ferrary. Mąż jej, markiz de Pescara, jeden z najlepszych dowódców wojsk Karola V, zwycięzca w bitwie pod Pawią, umarł w roku 1525 wskutek rany w tej bitwie odniesionej, a niepospolita kobieta oddała się odtąd zupełnie życiu religijnemu. Jej ideałem był św. Franciszek z Asyżu, poetyczną jej duszę pociągała ta najpiękniejsza postać religijnego Odrodzenia. Markiza najchętniej byłaby się była usunęła w mury klasztorne, ale jej stosunki rodzinne, jej stanowisko w społeczeństwie mimo woli zmuszały ją do brania udziału w tym wielkim ruchu religijnym, jaki po Sacco di Roma objął całe Włochy. Żyła ona jednak jak ascetka, umartwiała się do tego stopnia, że przyjaciele obawiali się o jej zdrowie. Mieszkała najprzód w klasztorze S. Silvestro in Capite w Rzymie, ale zanadto tęskniła za swoją ukochaną Ischią, gdzie przebyła najmilsze chwile młodości, aby tam nie powrócić. Idea poprawy stosunków religijnych ciągle ją zajmowała. Wówczas Kościół katolicki nie był jeszcze ujęty w te żelazne, nieruchome ramy, które mu niebawem nałożył sobór trydencki, a rozpjrawy nad artykułami wiary, nad urządzeniami kościelnymi były czymś zwykłym; Kościół był bardzo giętkim i przyjmował niejedną reformę. Nie potrzeba było być heretykiem, aby móc głośno rozprawiać o konieczności pewnych zmian w Kościele. W ściśle włoskim społeczeństwie nie przychodziło nikomu na myśl burzyć papiestwo i przeinaczać religię katolicką, chciano tylko poprawy stosunków. Zajmowanie się tą ideą zbliżyło markizę w Neapolu do ludzi, którzy także całą siłą ku temu dążyli, a mianowicie do szczupłego grona reformatorów grupujących się około Juana de Valdes. Colonna nie przypuszczała zapewne, że Valdes należał do gorących zwolenników Lutra i że tylko we włoskim towarzystwie musiał swym naukom nadawać formy łagodniejsze. Valdes był Hiszpanem, nadzwyczaj zręcznym i wysoko wykształconym człowiekiem, bratem Alfonsa de Valdes, który w roku 1530 jako sekretarz Karola V bawił w Augsburgu podczas walnego
sejmu i tam się zapoznał z Melanchtonem, towarzyszył dworowi cesarskiemu do Bolonii, a później był politycznym korespondentem kardynała Gonzagi i w tej misji bawił w Neapolu.
Oprócz Wiktorii Colonny należała do zwolenniczek Valdesa także jej bratowa, Constanza d'Avalos, księżna Amalfi, a przede wszystkim słynna ze swej piękności Julia Gonzaga, którą groźny wówczas korsarz, Chaireddin Barbarossa, napadł w zamku Fondi i chciał uprowadzić. Julia jednak, przestrzeżona przez służbę, zdołała uciec przed barbarzyńcami. W czasie kiedy była uczennicą Valdesa, miała lat dwadzieścia dwa i tak zachwycała wszystkich swym wdziękiem, że reformator, nieobojętny widocznie na kobiecą piękność, powiedział o niej, iż szkoda, że zamiast królów i cesarzy czarująca Julia nie jest panią świata. Napisał on dla niej w roku 1536 Alfabeto christiano, rozprawę, która wybome daje wyobrażenie o duchu, jaki panował w tej neapolitańskiej kolonii reformatorów. Wówczas miewał także w S. Giovanni Maggiore kazania kapucyn Bernardo Ochino z Sieny, który tak dalece całe miasto porwał swoją wymową, że sam nawet Karol V przychodził słuchać jego nauk. Julia, wróciwszy raz z kazania Ochina, tak była do głębi wzruszoną jego rozumowaniami, tyle jej się nasuwało religijnych wątpliwości, tyle zadawała sobie pytań, taki chaos powstał w jej duszy, że prosiła Valdesa, aby jej wskazał drogę do uzyskania moralnego spokoju. Hiszpan dał jej wtedy rady nadzwyczaj oględne, spisał jej dziesięć reguł o miłości Boga i bliźniego, które w niczym nie miały się różnić od głównych zasad religii katolickiej, kazał jej pilnie chodzić na mszę, czytać Pismo święte i nie słuchać takich nauk, które się wdają w rozbiór filozoficznych drobnostek.
Po przyjaciół Valdesa należała także Izabela Manriquez i kilku zakonników, jak Pietro Vermigli, augustianin, Giovanni Molio, minoryta, i protonotariusz apostolski Pietro Camesecchi, a zebrania ich odbywały się albo w mieszkaniu Valdesa w Neapolu, albo w Caserta, albo wreszcie w willi Wiktorii Colonny na Ischii. Grupa tych neapolitańskich pietystów zbliżała się swymi ideałami do rzymskich towarzyszy del Divmo amore, którzy także chcieli tylko poprawy Kościoła, dążyli do prawdziwej religijności i nie myśleli burzyć podstaw rzymskokatolickiej religii.
Valdes i Ochino tak dalece rozbudzili życie religijne w Neapolu, że benedyktyn z Monte Casino, Falengo, który wówczas tam bawił, donosił
swym braciom, iż jest świadkiem prawie cudownego ruchu, że kobiety, które, jak się zdawało, więcej do próżnostek aniżeli do głębokiego rozmyślania są skłonne, że mężczyźni spośród ludu, że nawet żołnierze do tego stopnia są pod wrażeniem badania boskich tajemnic, iż o niczym innym nie rozmawiają, jak tylko o poprawie chrześcijańskiego życia. Benedyktyn przyznał się w pokorze ducha, że w całej Kampanii nie ma tak uczonego kaznodziei, który by się od kobiet neapolitańskich nie mógł nauczyć mądrości w rzeczach religii i świątobliwości.
Nastrój więc w tych kołach był bardzo podniosły, kobiety nadawały mu pewien charakter mistyczny, poetyczny, nie myślały one bynajmniej o walce z papiestwem, ale o reformie ducha chrześcijańskiego i o ulepszeniu społeczeństwa za pomocą prawdziwej miłości Boga i ludzi. Taka Katarzyna Cibo, wnuczka Innocentego VIII, nauczyła się po hebrajsku, aby móc czytać w oryginale księgi święte i tym głębiej przejąć się duchem chrześcijańskiej miłości. Ów nastrój duchowy przebija się w poezjach moralnych Wiktorii Colonny.
Podobne idee ożywiały niewielką grupę franciszkanów w Camerina, na czele których stało dwóch zakonników, Mateo di Bascio i Ludwik da Fossombrone. W czasie zarazy szerzącej się w straszny sposób w tej małej mieścinie, niejako w obliczu śmierci, założyli oni zakon kapucynów, zakon czystych obyczajów, mający się znowu zbliżyć do przepisów św. Franciszka, od których tak conventuali, jak i osservanti bardzo się już oddalili. Stare zakony franciszkańskie wydały też zaraz zawziętą wojnę nowemu zgromadzeniu i zaczęły je prześladować na każdym kroku, tudzież intrygować przeciw niemu w Rzymie. Ale kapucynom przyszły w pomoc te same kobiety, których mistyczne tendencje do nich je zbliżały, a przed innymi Katarzyna Cibo i Wiktoria Colonna. Bez ich poparcia zakon kapucynów nie byłby się rozwinął, gdyż nieprzyjazne mu kongregacje oczerniały go w Rzymie jako szkodliwą sektę, i papież już wydał był rozkaz wypędzenia ich ze stolicy. Cibo i Colonna tak energicznie wszakże broniły ich sprawy, iż papież pozwolił im powrócić, a walka była ciężka, gdyż kapucyni mieli potężnego przeciwnika, kardynała Santa Croce, energicznego protektora osservantów. Do nowego zakonu wstąpił w roku 1534 także i Bernardo Ochino, który należał pierwej do osservantów, a niebawem został w nim jeneralnym wikariuszem.
Colonna, widząc ustalone losy kapucynów, po których spodziewała się bardzo zbawiennego działania na włoskie społeczeństwo, postanowiła urzeczywistnić dawne swe marzenie i odbyć pielgrzymkę do Ziemi Świętej, a przynajmniej do św. Jakuba z Compostelli. W tym celu otrzymała od Stolicy Apostolskiej pozwolenie wstępowania z czternastoma
towarzyszkami i kapucynem Girolamem da Montepulciano po drodze do klasztorów, mieszkania pod zakonnym dachem i obcowania z zakonnicami. Takie pozwolenia dawał Rzym w początkach XVI wieku bardzo znakomitym osobistościom. Colonna zabrała ze sobą sześć tylko towarzyszek, a w drodze do Wenecji, skąd miała do Ziemi Świętej odpłynąć, wstąpiła wskutek zaproszenia Ercola także do Ferrary. Zdaje się, że zamiast Girolama da Montepulciano miała zamiar zabrać ze sobą Ochina, gdyż Bernardo wkrótce po niej przybył do Ferrary. Colonna nie czuła się jednak zdrową, a odbycie dalekiej pielgrzymki do Ziemi Świętej stało się niemożliwym. Bawiła więc dłuższy czas w Ferrarze i zbliżyła się bardzo do Renaty, która właśnie wówczas spodziewała się potomka. Często też, bez wszelkiej etykiety, w rannym ubraniu, in habito molto volgare, odwiedzała księżnę i dłuższe z nią prowadziła rozmowy. Różnica wiek pomiędzy obydwiema kobietami nie była tak znaczna, Colonna miała lat czterdzieści, Renata dwadzieścia siedm, więc wzajemne zrozumienie się było tym łatwiejsze. Ercole podówczas bawił długi czas w Wenecji, dokąd wyjechał w styczniu na karnawał w bardzo licznym otoczeniu, gdyż zabrał ze sobą aż ośmiuset towarzyszy z najznakomitszej ferraryjskiej szlachty. Było mu tam tak wesoło, że wrócił dopiero czwartego marca do domu, aby oczekiwać słabości Renaty, która też siedmnastego czerwca powiła córkę. Małą księżniczkę trzymała do chrztu Wiktoria Colonna. Towarzystwo kobiet filozofujących, jak Renata i Colonna, widocznie nudziło Ercola, gdyż niebawem wyjechał znowu do Romanii, aby się spotkać z Pier Luigim Farnesem, z którym łączyły go przyjacielskie stosunki.
Dwie tak różne usposobieniami i wyobrażeniami religijnymi kobiety, jak Renata i Colonna, przedstawiające dwa odmienne reformatorskie prądy, stanęły teraz obok siebie w Ferrarze. Renata, uczennica Kalwina, będąca pod świeżym wrażeniem jego nauk, kobieta z Północy, o umyśle więcej ścisłym, skłonnym do naukowego badania, zbliżająca się do Kościoła raczej z krytyczną myślą aniżeli z wiarą, Colonna pełna żywej wyobraźni i gorących uczuć, u której religia wynikała z potrzeby serca. Te kobiety mogły przez jakiś czas żyć ze sobą w bliższych stosunkach, mogły sobie nawet okazywać wiele przyjaźni, ale tylko tak długo, dopóki się nie przekonały, że swych ideałów nawzajem pojąć nie potrafią.
Jak się zdaje, Colonna głównie z tego powodu postanowiła zatrzymać się dłużej w Ferrarze, aby się dla kapucynów wystarać o przytułek. W kilka tygodni przybył tam Ochino, a za jej wstawieniem się mógł w adwencie miewać kazania wobec całego dworu. Kazania te wielkie pomiędzy ludem sprawiały wrażenie, gdyż kapucyn porywał słuchaczy swą nadzwyczajną wymową i trafiał do przekonania, piorunując przeciw
zbytkowi duchowieństwa, zalecając czystość obyczajów i zaniechanie wystawności w służbie bożej.
Pomiędzy słuchaczkami Ochina była także bawiąca wówczas w Ferrarze słynna kortegiana i poetka Tullia d'Aragona, która rozrzewniała się wprawdzie bardzo wymową wielkiego kaznodziei, ale mimo to nie porzuciła swego lekkiego życia. Szczęśliwszym pod tym względem był inny mówca, zakonnik z Nuvolary, który w kilka miesięcy po Ochinie miewał kazania w Ferrarze, i tyle kortegian nawrócił na drogę cnoty, że pierwszego kwietnia urządził pobożną procesję z samych Magdalen się składającą, co wielką w mieście wywołało uciechę.
Otoczenie jednak Ercola nie musiało zbyt sprzyjać kaznodziejom nawołującym do skromności i prostoty obyczajów, gdyż Colonna zaledwie tyle mogła wystarać się u księcia, że Ochinowi dano mały domek na jednym z przedmieść, aby miał przytułek dla swej kapucyńskiej kolonii. Wiktoria Colonna opuściła Ferrarę po dziesięciomiesięcznym tam pobycie, 22 lutego 1538, a widocznie poznała dobrze przekonania i dążności Renaty, skoro stosunek jej do księżny do tego stopnia się oziębił, iż wyjechawszy z Ferrary nawet już do Renaty nie pisywała.
Ochino założył kolonię kapucyńską w Ferrarze, ale gnany żądzą krzewienia swych przekonań religijnych, udał się w tym celu w roku 1538 do Pizy, do Florencji i do Lukki, a w roku 1539 do Wenecji.
VI
Tymczasem w Rzymie niepokojono się coraz więcej wzmaganiem się reformatorskich prądów we Włoszech, mimo to duchowieństwo tamtejsze zanadto było przyzwyczajone do dawnych, wygodnych stosunków i zanadto wierzyło w potęgę Kościoła, aby się zdobyć na jakąś energiczną, dobrze zorganizowaną akcję. Jeszcze za czasów Hadriana VI, w r. 1523, zebrało się około sześćdziesięciu poważnych prałatów, jak Giberti, Sadoleto, Luigi Lippomano, Caraffa, Giuliano Dati, i założyło rodzaj stowarzyszenia celem poprawy Kościoła i umoralnienia duchowieństwa, pod nazwą Oratorio del Divino Amore. Członkowie tego stowarzyszenia zobowiązywali się do modłów w kościołach, do pielgrzymek do miejsc świętych, do pilnego wykonywania obowiązków, jakie religia nakłada na swych wiernych. W plebanii Datiego, obok małego kościółka Santa Dorotea na Trastevere, na miejscu, gdzie według podania św. Piotr apostoł poniósł śmierć męczeńską, mieli oni miejsce schadzek. To Oratorium posłużyło za przykład innym miastom, i niebawem sporo takich stowarzyszeń