Stanowczość Ariosta odniosła pożądany skutek, książę zmusił Donninów do wydania Genasia, który został stracony, a Madaleni opuścili S. Donnino i schronili się na florentyńską ziemię.
Wobec tych stosunków Ariost coraz to bardziej czuł się nieszczęśliwym, a w jednej ze swych satyr opowiada, że z jego nominacją na gubernatora stało się tak, jak z owym marynarzem, któremu król portugalski podarował pysznego mauretańskiego rumaka. Marynarz przyjął konia z wdzięcznością, ale przyzwyczajony do dzierżenia w ręku wiosła, a nie wędzidła, nie umiał się utrzymać w siodle i wkrótce leżał na ziemi z potłuczonymi kościami.
Książę nauczył się wprawdzie cenić Ariosta, ale musiał przyjść także do przekonania, że poeta nie stworzony na gubernatora dzikiego kraju. Skoro więc 18 listopada 1523 Klemens VII został wybrany papieżem, kazał książę napisać do poety swemu sekretarzowi, Bonawenturze Pistofilowi, z zapytaniem, czyby nie zechciał być posłem ferraryjskim przy nowym papieżu, po którym się obawiał, że jak Juliusz II i Leon X zajmie nieprzyjazne wobec Ferrary stanowisko. Odpowiedzią na list Pistofila jest satyra szósta, w której Ariost dziękuje przyjacielowi, że myśli o tym, aby go wywyższyć, ale on by się w Rzymie nie na wiele przydał, gdyż Leon X oduczył go pokładać w Medicich jakiekolwiek nadzieje. Nie ma zresztą już odwagi oddalać się bardzo od Ferrary, a jeżeli książę chce mu jaką łaskę wyświadczyć, to niech go powoła na powrót do stolicy, a przynajmniej niech go pośle nie dalej jak do Bondeno, oddalonego tylko o dwanaście mil od Ferrary. Na długie podróże nie ma już sił ani ochoty. Książę nie nalegał więcej, ale pozostawił go w Castelnuovo tylko do połowy czerwca 1525. Zdaje się, że książę nie uważał Ariosta za dość energicznego, aby mógł doprowadzić ową prowincję do ładu, gdyż go zastąpił innym gubernatorem, tak zwaną „żelazną ręką". Bandyci widocznie z przyjemnością powtarzali poezje Ariosta, ale go się nie bali, opowiadają bowiem, że gdy go kilku opryszków raz spotkało, powitali go jako wielkiego poetę pełnym uszanowania pozdrowieniem i nic mu złego nie zrobili.
Ariost osiągnął wreszcie spokój, którego tak gorąco pragnął, i zamieszkał w Ferrarze, przy ukochanej Aleksandrze, a w rok później wystawił sobie mały dom i dokupił ogród, w którym zbudował grotę z kamienia i w niej pisał wiersze. Nad drzwiami kazał wyrzeźbić napis:
Parva sed apta mihi, sed nulli obnoxia, sed non
Sordida, parta meo sed tamen aere domus.
A że mu o rymy było łatwo, więc jeszcze inny tam umieścił wiersz:
Piccola, adatta, e d'ogni signoria
Scevra, e redenta sol col mio denaro,
Non sei sordida e vile, o casa mia!
Syn Ariosta, Virginio, dodał wreszcie trzeci napis na ojcowskim domu:
Sic domus haec Areosta
Propitios habeat Deos
Olim ut Pindarica.
Virginio w swoich zapiskach o ojcu opowiada, że Ariost, co tylko mógł, poświęcał ze swoich dochodów na budowę, a zawsze chciał coś zmieniać i dostawiać. Mawiał on, że pod własnym dachem woli rzepę, którą sam sobie ugotuje i przyprawi z octem i oliwą, aniżeli kuropatwę, jarząbka lub dzika na obcym stole, a tak samo dobrze śpi pod wełnianym kocem jak pod jedwabną kołdrą, złotem haftowaną.
Dom Ariosta do dziś istnieje, a od r. 1815 należy do gminy ferraryjskiej. Dziwnie on odpowiada charakterowi poety: skromny, ale wygodny, jasny, z małym podwórzem i ogródkiem trochę większym niż kamedulskie obejście. Było tam wszakże dość miejsca, aby poeta mógł ciągle sadzić róże i jaśminy i ciągle na grządkach robić zmiany. Virginio żartował z ojca, że podobnie jak wiersze zawsze zmienia, poprawia, przerabia, tak samo postępuje i w swoim ogródku. Żadnej rośliny nie pozostawi trzy miesiące na jednym i tym samym miejscu, ale raz sadzi pestki z brzoskwiń, raz inne nasiona, chodzi co chwila oglądać słabe jeszcze pędy, podsypuje je, plewi, okopuje, aż nareszcie biedne rośliny z nadmiaru ogrodniczej troskliwości — usychają. Nie znając się dobrze na gatunkach sadzonek oczekuje z nasienia czego innego aniżeli to, co zeszło. Raz posadził kaparki i chodził je codziennie oglądać i cieszył się, że tak bujnie rosną, dopóki się nie przekonał, że to nie kaparki, ale zwykły bez dziki.
Podczas gdy poeta podlewał swoje grządki, zaszły w stosunkach politycznych Ferrary korzystne dla Estów zmiany, książę bowiem, idąc rozmaitymi krętymi drogami w polityce, stał się wreszcie aliantem Karola V, który mu zapewnił posiadanie Modeny i Carpi. Papież Klemens VII starał się temu przeszkodzić, ale markiz del Vasto dostarczył księciu potrzebnych przeciw papieżowi posiłków, tak że nieprzyjazne Estom zamiary Kurii rzymskiej spełzły na niczym.
Otóż do markiza del Vasto, który bawił w Correggio jako gość Weroniki Gambary, wysłał Alfons w r. 1531 w poselstwie Ariosta, celem układów z Karolem V. Markiz przyjął poetę z wielką uprzejmością, a chcąc go ująć dla cesarza, dał mu w podarunku przepyszny lapis lazuli, oprawny
w złoto z łańcuchem i krzyżem, a co więcej, przyznał mu dożywotnią pensję dwustu dukatów. Gdy zaś w r. 1532 w jesieni Karol V bawił kilka dni w Mantui, przedstawił tam duca Alfonso Ariosta samemu monarsze. Poeta wręczył cesarzowi nowe, uzupełnione i przerobione wydanie Furiosa, a Karol V własnoręcznie wobec całego dworu włożył mu na skroń wieniec wawrzynowy.
Te zaszczyty, jak to często bywa u znakomitych ludzi, zapowiadały już i koniec żywota wielkiego poety. Ariosto chorował od dawna, a śmierć przyśpieszyło trzech lekarzy, którzy tyle mu kazali zażywać lekarstw, że i młodzieńcza natura nie byłaby wytrzymała tych powolnych trucizn.
Poeta umierał pod smutnym wrażeniem. Ostatniej nocy roku 1532 powstał w ferraryjskim Castello wielki pożar, który zniszczył całą loggię w zamku położoną naprzeciw biskupiego pałacu i salę ze wspaniałą sceną, którą Alfonso 1 wybudował na przedstawienia teatralne. Tam grano komedie Ariosta, a zniszczenie tej sceny zdawało się być poecie zapowiedzią śmierci.
Ariosto wyraził życzenie w testamencie, aby mu nie sprawiano wystawnego pogrzebu. Życzeniu temu stało się zadość, z ujmą książąt, do których sławy niemało się przyczynił, i z ujmą miasta, któremu śpiewał. W nocy, przy świetle dwóch tylko pochodni, czterech ludzi zaniosło ciało poety z domu do starego kościoła San Benedetto, gdzie w obecności najbliższej tylko rodziny zostało pochowane. Ani dwór, ani lud ferraryjski nie brał udziału w smutnym obrzędzie. Przez długie lata nie pomyślano nawet o tym, aby wystawić pomnik największemu poecie Odrodzenia, i dopiero prawnuk Ariosta kazał wyrzeźbić w r. 1611 ów banalny grobowiec, który dzisiaj jest umieszczony w długiej sali biblioteki miejskiej w Ferrarze. Pomnik ten początkowo znajdował się w San Benedetto, ale w r. 1801 jenerałowie francuscy zamienili odwieczny kościół na stajnie dla konnicy, a jenerał Miolis uszanował przynajmniej poważną pamiątkę i kazał ją przenieść do biblioteki.
Ariosto umierając nie był bogatym, ale i nie ubogim. Pozostawił dwa domy i sporo kosztowności i sreber. Uniwersalnym spadkobiercą mianował swego syna, Virginia, żonie zaś zapisał dochód z jednego sklepu,
położonego pod portykiem pałacu delia Ragione, wydzierżawionego rękawicznikowi, tudzież wszystkie Tuchomości, pod warunkiem, że Virginiowi spłaci dwieście skudów w złocie. Drugiemu synowi, Gian Battiście, zapewnił wikt w domu Virginia i dwa dukaty w złocie miesięcznie. Ubogim zapisał dziesięć lir marchesańskich srebra.
Człowiek tym żyje w przyszłości, czym się zasłużył powszechnej kulturze. Tak samo i państwa, i miasta: setkami ginęły one i giną, a wszelki ślad się po nich zaciera; te tylko istnieją w ludzkiej pamięci, które coś wielkiego zdziałały. Jeżeli się zapytamy, czym żyć będzie Ferrara na wieki, krótką można dać na to odpowiedź — Ariostem, Ta wysoka kolumna z marmuru, która dzisiaj na jednym z jej placów, zarosłych trawą, dźwiga posąg człowieka uwieńczonego wawrzynem, to symbol umysłowej pracy miasta, to znak widomy jej zasług około cywilizacji.
Historia tej kolumny ciekawa. Aby uczcić pamięć Ercola I wspaniałym pomnikiem, kazała gmina Ferrary jeszcze za życia księcia sprowadzić dwie duże monolitowe kolumny. Jedną z nich zgruchotano przez nieostrożność, druga długo leżała na placu, gdyż do postawienia owego pomnika nie przyszło. Dopiero w połowie XVII wieku kazał legat papieski podnieść ją i umieścić na niej posąg papieża Aleksandra VII, który zresztą żadnych nie miał zasług około Ferrary. W przeszło wiek później, w roku 1796, w epoce wielkiej rewolucji, strącili republikanie Cispadany pomnik papieża, a natomiast postawili na kolumnie posąg wolności — z gipsu. Jenerał Bonaparte był przytomny tej uroczystości. Austria, zająwszy Ferrarę, kazała w r. 1799 strącić kruche znamię wolności, ale na kolumnie nic nie postawiła. Gdy zaś w r. 1810 republikanie Cispadany znowu rządy objęli, wywindowali tam, gdzie stała „wolność", posąg cesarza Napoleona z marmuru. Ale i Napoleon nie był długo świadkiem zmiennych losów miasta, gdyż w r. 1814 reakcja kazała zdjąć znienawidzoną postać i zapewne się z nią niezbyt łagodnie obeszła. Wreszcie w roku 1833 Ferrara przypomniała sobie o wielkim swym poecie i wyniosła na historyczną kolumnę tego, który tam stać powinien — Ariosta.
III
Przepyszny portret Ariosta, który galeria narodowa w Londynie nabyła w roku 1904 z prywatnego zbioru, poruszył cały świat artystyczny i literacki, zajmujący się przeszłością Włoch. Powstały przede wszystkim pytania, kto malował ten niepospolity obraz, Tycjan czy Giorgione, tudzież czy pełna siły postać na nim przedstawiona jest rzeczywiście Ariostem.
W wywody krytyczne, któremu z powyższych malarzy portret ten przypisać należy, wdawać się tutaj nie mogę, dla mnie jest on dziełem Tycjana; inna rzecz, czy trzydziestokilkoletni mężczyzna, którego mamy przed sobą, jest rzeczywiście Ariostem. Mam przekonanie, że tak. Wskazywano wprawdzie, że młody mężczyzna Tycjana nie jest podobny do znanego powszechnie autentycznego portretu poety, jaki się nam zachował w drzeworycie wydania Szalonego Orlanda z roku 1532, ale trudno wymagać wielkiego podobieństwa pomiędzy tą samą osobistością portretowaną w młodym wieku, a w starości. Chodzi tylko o to, czy skład głowy, nos i ogólne rysy obydwu modeli nie wykazują takich przeciwieństw, które by tożsamość osoby wykluczały. Takich przeciwieństw tutaj nie ma, i owszem, w steranej głowie blisko sześćdziesięcioletniego starca można łatwo odnaleźć rysy tycjanowskiego młodzieńca. Na szczęście mamy trzeci portret Ariosta na medalu Domenika Poggini, przedstawiający poetę jako czterdziestoletniego mężczyznę z czasów, kiedy wystąpił ze służby kardynała Hipolita d'Este. W tym Arioście z brązu najzupełniej poznajemy postać tycjanowską, a o sześćdziesięcioletnim Arioście z drzeworytu możemy tylko powiedzieć, że poeta szybko się zestarzał i nad wiek tam staro wygląda. Medal Pogginiego na odwrotnej stronie przedstawia podnoszącą się żmiję, której jakaś ręka, z góry wystająca, chce nożycami głowę obciąć. Wokoło napis Pro bono malum. Dewiza ta odnosiła się do niesprawiedliwości, jakich Ariosto doznał od Hipolita. Nożyce mają uzmysławiać los, jaki by poeta powinien zgotować kardynałowi, żmii.
Na londyńskim portrecie stoi Ariosto z założonymi rękami, pogodnym, chociaż trochę melancholijnym okiem spogląda na widza, a niewypowiedziana dobroć rozlana na jego twarzy. Jest to chyba jedna z najpiękniejszych męskich postaci, jakie nam przekazało Odrodzenie. Ten wzrok, pełen zadumy, te duże oczy marzycielskie, grand' occhi di sogni, jak mówił o nich Ercole Strozzi, nie zacierają się w pamięci. Portret ten stał się dla nas tym cenniejszym, że przedstawia Ariosta w czasie, kiedy pisał Szalonego Orlanda, w czasie gdy był dworzaninem kardynała Hipolita. Potwierdza on zupełnie wyobrażenie, jakie sobie o poecie wytworzyć możemy. Skromny, łagodny, nie wymagający dużo od świata i społeczeństwa, pragnący tylko spokoju. „Pozwólcie mi pracować i pisać, nie przeszkadzajcie mi", to było jego żądanie w owych świetnych i ruchliwych czasach Odrodzenia. Jedno tylko uczucie, gwałtowna miłość potrafiła go wyrwać z równowagi, pod jej wpływem wrzała w nim gorąca krew południowca, stawał się wtedy zazdrosnym i czuł nawet całą rozkosz wendety.
Ercole Strozzi w jednym z najpiękniejszych swoich wierszy Venatio
opisuje polowanie, które w r. 1496 urządza Karol VIII, przygotowując swą drugą wyprawą do Włoch. W łowach, wbrew wszelkiej chronologii i historii, bierze udział Hipolit d'Este, Cezar Borgia i najznakomitsi ówcześni poeci włoscy: Bembo, Tebaldeo, Pontano, Tito Strozzi, a oczywiście i Ariosto. Każdy z poetów już zabił jakąś zwierzyną, ostatni tylko Ariosto myślał o czym innym, a zapomniawszy o dzikach, dwa psy namiętnie nagania.
Divisusque alio mentem committere tristeis
Intempestivis elegis meditaris amores...
Widzi się w londyńskim portrecie owego Ariosta o wysokim czole, z okiem zapatrzonym w poetyczne sny. W czasie łowów myśli o elegiach.
Jego roztargnieniem bawią się wszyscy znajomi. Będąc raz u Pia w Carpi, wstał z rana i wyszedł w pole nieubrany, w pantoflach. Zamyślił się jednak, szedł i szedł długo, aż głodny i zmęczony zaszedł do Ferrary. Innym razem zastał go któryś z przyjaciół w chwili, kiedy poeta skończył właśnie obiad. Gospodarz kazał wprawdzie przynieść nowy półmisek, ale zapomniawszy, że to potrawa dla przyjaciela przeznaczona, zabrał się sam powtórnie do jedzenia i gościowi nic nie dał.
Razu pewnego zaczął swoim przyjaciołom opowiadać tyle rzeczy fantastycznych, że jeden z nich, chcąc sprowadzić rozmowę na tory realne, zapytał go złośliwie: „Czego potrzeba koniecznie do jaj gotowanych?" Ariosto na razie nie zrozumiał pytania i dalej perorował, ale spotkawszy po roku owego znajomego, przywitał go odpowiedzią, „że do jaj gotowanych potrzeba przede wszystkim soli".
Z marzycielstwem łączy się najczęściej pewien smutek, pewna melancholia, w młodym Arioście często ją spotykamy; pisząc w latach 1501— 1503 sporo epitafiów, pozostawił i dla siebie nagrobny napis rozpoczynający się od słów:
Lodovici Ariosti humantur ossa
Sub hoc marmore...
Zwykle w trzydziestym roku życia nie pisze się jeszcze własnych nagrobków. Umysł wrażliwy, jak Ariosta, odczuwał silniej każde zdarzenie, każdą boleść, a sam poeta mówił o sobie, że ma umysł niestały, mens impar. Ta wrażliwość doprowadziła go później do dość czarnego zapatrywania się na świat i ludzi, do czego zresztą ówczesne stosunki społeczne zupełnie uprawniały.
Ariosto powziął jeszcze przed końcem roku 1503, przed wstąpieniem do służby kardynała Hipolita, myśl napisania poematu, który by con