Takie drobnostki wszakże wcale nie obchodzą Niccola, na narzekania żony odpowiada z otwartą bezczelnością, że rabuje i rabować będzie, gdyż tego zowią głupcem, kto nie ma pieniędzy.
Io rubo e ruberó, che in fra le genti
Chi e senza roba motto dir si suole.
Ostatecznie jednak i książę zaczął się wstydzić swego ulubieńca i musiał zadośćuczynić naciskowi opinii publicznej. Złożył go też z urzędu w Ferrarze w r. 1489, ale równocześnie dał mu posadę kapitana w Modenie. Nominacja ta przestraszyła mieszkańców Modeny, a satyra przeciw niemu znowu tam się odezwała. W jednym ze zjadliwych wierszy skarży się Modena, że zła bestia już się rusza, już idzie ku niej, że ją pożreć gotowa.
Vedi la mała bestia che si move
Ver' me, tanto rabiosa divenuta
Che par che mai la non mangiasse altrove.
Biedna Modena przez pięć lat jęczała z powodu nadużyć Ariosta, wreszcie wybawił ją książę w r. 1496 od znienawidzonego dygnitarza i zamianował go komisarzem Romagni di Lugo.
Więc Lugo znowu nie miało spokoju, ale tym razem miłosne zdarzenie uwolniło miasto od tyrana. Pewnego dnia zaczęto sobie opowiadać ze zgorszeniem, że u jednej z mieszczanek był jakiś młodzian z niedozwolonymi odwiedzinami i że mąż go przychwycił na gorącym uczynku. Zdradzony małżonek chciał kijem wykonać na intruzie ryczałtową wendetę, ale młodzian uciekł zostawiwszy tylko płaszcz w pokoju. Gdy się Ariosto o tym wypadku dowiedział, zgorszył się niezmiernie, kazał zawołać zdradzonego męża i przynieść sobie jako corpus delicti płaszcz porzucony. Mąż rozumniejszy aniżeli gubernator, chcąc ratować swój honor domowy, zaprzeczył całemu zdarzeniu i powiedział, że o porzuconym płaszczu nic nie wie. Zbyt cnotliwy gubernator kazał go wziąć na tortury, ale i ten środek nie pomógł, aby z biedaka wymusić wyznanie. Wypuszczony z więzienia bohaterski obrońca swej sławy poszedł do Ferrary i tam opowiedział całą sprawę. Ercole oburzony postępowaniem Ariosta złożył go z urzędu i kazał mu zapłacić pięćset skudów grzywny, ale, broń Boże, nie na wynagrodzenie niesprawiedliwie męczonego męża, ale na rzecz skarbu.
Była to sprawiedliwość dworów Odrodzenia.
Wypadek ten wszakże miał tyle dobrego, że Ercole odwołał Ariosta z Lugo i żadnego mu już urzędu nie powierzał.
Takiego ojca miał Lodovico Ariosto, ale może właśnie jego przykład uczynił syna innym człowiekiem. Lodovico nazywał Reggio swoim gniazdem, nido natio, stamtąd wyniósł dziecinne wspomnienia, gdy się zaś rodzice przenieśli w r. 1486 do Ferrary, miał chłopak już lat dwanaście i zaczął się tam uczyć w szkole łacińskiej Luki Ripa, a miał za towarzysza nauk Ercola Strozzi i Gaspara Sardi.
Dom, w którym mały Ariosto mieszkał z rodzicami, istniał jeszcze do ostatnich czasów w ulicy Giuoco del Pallone, a w r. 1474 należał do spadkobierców rodziny Ughi. Pamiętają tam jeszcze pokój ozdobiony resztką fresków z XV wieku, przedstawiających skrzydlate hipogryfy, grupy małych geniuszów; pokój ten, według tradycji, uchodził za szkołę Luki Ripa, zdaje się więc, że stary Ariosto przeznaczył jedną z komnat w swym domu dla chłopaków na naukę, o czym świadczyły rozmaity łacińskie napisy, które miały wpajać dobre zasady w młodzieńcze umysły, jak np. Loqui cum hominibus tamquam dii audiant.
Satyra i nienawiść ludzka zmusiły starego Ariosta w roku 1489 do opuszczenia Ferrary. Młody Lodovico miał wówczas lat piętnaście, ojciec nie zabrał go jednak ze sobą do Modeny, lecz pozostawił w stolicy i kazał mu się poświęcić nauce praw w tamtejszym uniwersytecie, pod kierunkiem Giovanniego Sadoleta, aby później mógł zająć publiczną posadę. Studia prawnicze nie cieszyły Lodovica, musiał jednak zadośćuczynić woli ojca, która była niezłomną. Po pięciu latach został doktorem praw. Obok tej przymusowej pracy poświęcał jednak Lodovico wolne chwile humanistycznym naukom, które go do siebie pociągały. Szczęśliwym zda, rzeniem sprowadził wówczas Rinaldo d'Este, brat Ercola I, słynnego humanistę, Grzegorza da Spoleto, na nauczyciela do swoich synów dp Ferrary. Grzegorz był za młodu mnichem augustianinem, od r. 1469 lektorem w sieneńskim Studio, a nie lubiąc zakonnego życia zrzucił mniszy habit i został świeckim nauczycielem. Rinaldo d'Este zajmował wtedy palazzo del Paradiso, a młody Ariosto, mieszkający w pobliżu, zaczął chodzić na lekcje do słynnego humanisty. Ten otworzył mu podwoje do starożytnego świata i głęboko się zapisał w pamięci swego zdolnego ucznia. „Szczęście mi wówczas sprzyjało — pisze Ariosto — dając mi Grzegorza ze Spoleto, którego zawsze będę błogosławił."
Fortuna molto mi fu allora amica
Che mi offerse Gregorio di Spoleto
Che ragion vuol ch'io sempre benedica.
Lodovico czytał „swoich łacinników", Owidiusza, Wirgila, Horacego, Plauta i Terencjusza i jak Ercole Strozzi, jak Alberto Pio, z którym żył
w przyjaźni, zaczął pisać wiersze po łacinie. Virginio, syn poety, mówi o swym ojcu, że pilnym bardzo nie był, czytał mało książek, non era bibliomane, ale miał swoich ulubionych autorów.
Alberto Pio uczył się także u Grzegorza ze Spoleto, a pomiędzy nim a Ariostem trwały bardzo ścisłe stosunki aż po rok 1500, kiedy Pio wyjechał z Ferrary, rozżalony przeciw Ercolowi I, który czyhał na wydarcie mu ojczystego Carpi. Gibert Pio, współwłaściciel Carpi, ustąpił wówczas swych praw Ercolowi I, a Alberto stał już prawie bezbronny wobec potężnego księcia Ferrary i szukał pomocy przeciw niemu to u papieża, to u cesarza i u króla Francji, aż wreszcie znękany i zwyciężony przywdział habit franciszkanina i umarł prawie na wygnaniu, w Paryżu, w r. 1531. Do Alberta pisał Ariosto za dobrych, ferraryjskich czasów kilka wierszy łacińskich, które się zachowały w jego literackiej spuściźnie.
Ulubionego nauczyciela utracił Ariosto w r. 1500, gdyż wtedy Izabela Aragońska powołała Grzegorza ze Spoleto na wychowawcę swego syna. Ariost bolał nad wyjazdem znakomitego humanisty z Ferrary i narzekał na diuszesę, że mu go wydarła.
Mi fu Gregorio dalia sfortunata
Duchessa tolto, e dato a quel figliuolo
A chi avea il zio la signoria levata.
Pierwsze czasy literackiej pracy Ariosta były zupełnie łacińskie, stał on pod wpływem swego znakomitego nauczyciela, a volgare zupełnie zaniedbywał. Wiersze jego, które się dochowały sprzed roku 1503, są bez wyjątku łacińskie, chociaż niezbyt piękną pisane łaciną. Cechowała poetę tylko pewna skłonność do sarkazmu i satyry, tudzież wstręt do owego książęcego jarzma, które inni dość spokojnie znosili. I tak gdy się w r. 1500 rozeszła po Ferrarze wieść o śmierci znakomitego poety, Michała Marulla, zlatynizowanego Greka, Ariosto napisał z tego powodu elegię do Encola Strozziego, w której ubolewa, że śmierć Marulla byłaby dla nich, poetów, prawie tak straszną, jak widok tej ruiny Włoch, która się w ich oczach dokonywa. Właśnie książęta wkładają im na kark jarzmo równie ciężkie jak obcy barbarzyńcy. Wszystko jedno zresztą, powiada poeta, kto nas uciska. Tak samo źle być sługą króla francuskiego jak i włoskiego księcia.
Quid nostra an gallo regi an servire latino,
Si sit idem hinc atque hinc non leve servitium?
Barbarico ne esse est pejus sub nomine quam sub moribus?
W owych młodzieńczych czasach zakochał się Ariosto w Hiszpance Pasifili, która go bałamuciła, a równocześnie z innym zdradzała. Złym duchem Pasifili była jej matka, a przyjaciele Ariosta, przede wszystkim Bembo, starali się ochładzać jego zapały do niegodnej dziewczyny. Nie było to wszakże tak łatwym, ale przecież po niejakim czasie przekonał się Lodovico, że „stara" rozporządza wdziękami swej córki, i w gwałtownej satyrze wywarł na niej gniew. „Idź — woła do niej — idź precz, stara, z twymi miłosnymi podszeptami, idź, żarłoczna bestio, do diabła. Dość mi już waszych zapewnień, na których, niestety, za późno się poznałem."
Va' rea vecchia, con questi carezzevóli
Sussurri tuoi, va' ingorda vecchia, al diavolo.
Assai la vostra fede, oh assai, m'e cognita
Se ben tardi...
W tym tonie przemawia poeta w dość długim wierszu do starej Hiszpanki i kończy jeszcze raz okrzykiem: „Idź, łotrzyco, do stu diabłów!" — Vada la scellerata a tutti i diavoli!...
II
W lutym roku 1500 umarł Niocoló Ariosto, a na opiece młodego Ludwika pozostała matka i dziewięcioro rodzeństwa. Trzeba było wyv chowywać czterech braci i wydawać za mąż pięć sióstr. Szczęściem matka miała dopiero czterdzieści sześć lat, a swoją dobrocią i rozsądkiem umiała kierować rodziną. Wszak Niccoló, który jej dość w życiu nadokuczał, nie mógł się powstrzymać, aby jej w testamencie nie zrobić zapisu ob fidem et prudentiam i w ten sposób nie uznać jej zalet. Ojcowski majątek nie był znaczny, a Lodovico musiał korzystać ze swoich studiów prawniczych i starać się o jakiś urząd, który by jemu i rodzinie zapewnił jakie tafcie utrzymanie. Tymczasem zamiast pisać sonety i kancony zarządzał realnością, która za posag matki kupioną została w pobliżu Reggio, i zapisywał skrzętnie w rejestrze gospodarskim, że sprzedał parę byczków Gwidowi di Guastello, a Bernardowi di Vanzo dał worek siemienia. We dwa lata po śmierci ojca nadał mu Ercole I urząd kasztelana czy kapitana delia rocca di Canossa, historycznego zamczyska hrabiny Matyldy. Biedny Lodovico musiał jak inni składać dworowi poetyczne hołdy, a na ową
nominację może także wpłynął wiersz, który w styczniu roku 1502 napisał z okazji zaślubin Alfonsa z Lukrecją Borgią. Kasztelaństwo w Canossie nie dawało widocznie dużo do czynienia, bo Lodovico przebywał często w Ferrarze albo w Reggio.
Do Reggio przyciągała go jakaś Livia, zasługująca więcej na uczucia młodego poety aniżeli płocha Hiszpanka w Ferrarze, przyciągała go i Ginewra, której poświęcił piękną kanconę, a nadto jeszcze jakaś Glicera i Weronika. Ariosto nie próżnował, a gdy jeździł do matki do Ferrary, nie mógł się oprzeć wdziękom Marii, bony służącej w jej domu, która mu powiła syna w r. 1503, Giovanniego Battistę. W pięć lat później obdarzyły go nieba drugim nieślubnym synem, Virginim, którego matką była Arsina Vitali da Magliarino, dziewczyna z ludu, gdyż wyszła później za mąż za Antoniego Manfredini, rolnika w pobliżu realności Ariostów. Poczciwy młody ojciec legitymował obydwóch chłopaków, Virginio był jednak jego najulubieńszym synem, jemu zawdzięczamy cenną biografię ojca.
Kasztelaństwo w Canossie, leżącej na uboczu, z dala od Ferrary, nie musiało być przyjemnym dla człowieka przyzwyczajonego dotąd do umysłowego życia w towarzystwie humanistów, więc też Ariosto skorzystał z pierwszej sposobności, aby się przenieść do Ferrary. Sposobność ta wkrótce się nadarzyła. Brat Alfonsa I, kardynał Hipolit, został mianowany biskupem ferraryjskim, a kochając się w zbytku i świetnym otoczeniu, wielki dwór tam prowadził. Nominację kardynała uczcił Ariosto epigramem, który zapewne przyczynił się do tego, że Hipolit chciał mieć poetę na swoim dworze. Z końcem też roku 1503 widzimy go w służbie kardynała z tytułem familiarisa, a więc na wyższym dworskim stopniu, niższych bowiem zwano commensalami. Ostatni mogli liczyć tylko na zaszczyt jedzenia czasami przy pańskim stole, familiarisy przypuszczeni byli do pańskiego towarzystwa, musieli bawić pana i jego gości. Kardynał wyznaczył poecie kościelne bęneficja, przynoszące rocznie 240 lir marchezańskich, odpowiadające mniej więcej 2000 lir dzisiejszych, a z tego powodu musiał się Ariosto ubrać w sutannę i zostać prezbiterem. Pensję wypłacano Ariostowi w trzech czteromiesięcznych ratach odciągając od niej wydatek na ubranie, którego dostarczał poecie zarząd kardynalskiej garderoby. Kardynał namawiał Ariosta, aby się poświęcił stanowi duchownemu, w takim razie bowiem mógłby mu z czasem wyrobić większe kościelne prebendy. Ale poeta nie chciał być księdzem bez powołania. Hipolit mu też za złe brał „ową fantazję", a bracia również gniewali się na niego o to zamiłowanie do wolności. W jednej z satyr zwróconych do swego brata Galassa tłumaczy się Ariost, że może jego postanowienie nie jest rozsądnym, gdyżprzyjmując tonsurę miałby otwartą drogę do
wielkich dochodów i honorów, ale niech każdy trzyma się swego przekonania, najzyskowniejsza posada w Rzymie nie nagrodziłaby mu utraty wolności.
Ognum tenga la sua opinion; questa e la mia:
Se a perder s'ha la liberta, non stimo
II piu ricco cappel che in Roma sia.
Jako familiaris kardynała nie miał może Ariosto zbyt ciężkich obowiązków, ale te obowiązki były nudne i krępowały jego wolność. Jak każdy inny dworzanin, musiał należeć do świty swego pana, układać poezje okolicznościowe, towarzyszyć mu w podróżach, jak np. do Mediolanu na powitanie Ludwika XII, w ogóle przyczyniać się do ozdoby dworu. Kilkakrotnie wyprawiał kardynał Ariosta w rozmaitych posełstwach, pomiędzy innymi w r. 1507 do Mantui, do markizy Izabeli, które się poeta bardzo podobał. Przy tych sposobnościach musiał się Ariosto dobrze sprawić, gdyż niebawem i sam panujący książę Alfons zaczął go używać do ważnych dyplomatycznych misyj. Chodziło o utrzymanie dobrego porozumienia z wojowniczym i kapryśnym Juliuszem II, co łatwym nie było. Ariosto jeździł po dwa razy do Rzymu, aby „udobruchać" papieża, ułagodzić la grande ira del Secondo. Raz mu się to udało, ale gdy chodziło o to, aby Ferrarę odciągnąć od Francji i zmusić, aby przystąpiła do Ligi Świętej, rzecz stała się trudniejszą.
Papież rozpoczął wojnę z księciem od tego, że dokuczał kardynałowi Hipolitowi, którego zresztą szczerze nie lubił. Hipolit kazał się wybrać opatem Nonantoli, papież unieważnił wybór, zarzucając kardynałowi symonię, i kazał mu natychmiast przybyć do Rzymu pod karą utraty kardynalskiej godności. Hipolit nie bardzo się śpieszył z podróżą, obawiał się, że go papież wtrąci do zaniku św. Anioła, kazał więc Ariostowi, który bawił w Rzymie, działać uspokajająco na papieża. Ale stary Juliusz zawziął się na Estów i groził biednemu posłowi, który nic nie był winien, że go każe w Tybrze utopić, jeżeli Estowie nie przystąpią do Św. Ligi. Alfonso jednak nie dał się od Francji odwrócić, więc papież rzucił na niego klątwę, a Ariostowi udało się szczęśliwie z Rzymu wyjechać i z posła zostać żołnierzem. Poeta wziął udział w walkach przeciw nieprzyjaciołom Ferrary, służył w oddziale, którego dowódcą był Eneasz Pio da Carpi, a nawet w bitwie pod Pontecchio (24 września 1510) miał się przyczynić do zdobycia na Padzie weneckiej galery.
Po bitwie pod Rawenną, gdy Alfonso wybrał się do Rzymu z owym listem żelaznym papieża, który mu się na wiele nie przydał, zabrał ze sobą i Ariosta.