po ślubie (14 maja 1502), iż bardzo by sobie życzyła mieć jej popiersie z marmuru, a ponieważ zjawił się w Ferrarze rzeźbiarz i złotnik rzymski, Gian Giacomo, więc prosi ją, aby mu zechciała pozować. Czy do roboty tego popiersia przyszło, nie wiemy, znajomość jednak z rzymskim, widocznie podrzędnym artystą smutnie się skończyła, gdyż złotnik-rzeźbiarz po roku pobytu w Ferrarze ukradł Lukrecji dwa kosztowne kamienie, rubin i diament, i udał się cichaczem do Mantui, gdzie go wszakże schwycić nie było można.
W Ferrarze jednak zhołdowała sobie Lukrecja wszystkich, nawet stary Tito Strozzi był jej wielbicielem. Napisał do niej epigram pełen promiennych uczuć, w którym się spowiada, że pomimo iż doszedł do granic wieku, który człowiek osiągnąć może, i pomimo że dawno zapomniał o miłości, na widok Lukrecji rozgorzał znów potężnym uczuciem i leży teraz spętany u jej stóp. Portret jej malował wprawdzie mistrz znakomity, ale ludzka sztuka nie zdoła oddać tej boskiej piękności. Na lewej ręce nosi Lukrecja bransoletę w kształcie węża; jeżeli zaś ukąszenie węża, jak mówią, sprawia straszne pragnienie, to — według poety — jest ten naramiennik znaczącym symbolem. W przeświadczeniu o swej cnocie i czystości nie potrzebuje wszakże księżna obawiać się ukąszeń zawiści, gdyż w niej połączyły się wszelkie świetności nieba i ziemi. Kto jej nie widział, godzien pożałowania, kto ją zaś zobaczy, tego nękać będą wieczne cierpienia miłości.
Nie tylko ojciec, ale i syn Strozzi, Ercole, składał swe hołdy czarującej księżnie. Ercole, chociaż kulawy, bardzo się kobietom podobał, a jego zachowanie się wobec Lukrecji zaczęło wzbudzać nieufność w księciu Alfonsie. Zdaje się, że Lukrecja ofiarowała młodemu Strozziemu różę, na której swój pocałunek złożyła, a to było powodem, że poeta napisał do niej epigram, w którym bije gorące tętno.
Laeto nota solo, dextra, rosa, police carpta; Unde tibi solito pulcrior, unde color? Num te iterum tinxit Venus? an potius tibi tantum Borgia purpureo praebuit ore decus?...
„Różo na ziemi uciech wyrosła, ręką zerwana, czemuż barwa twoja stała się piękniejsza aniżeli zwykle? Czyż Wenus na nowo cię ustroiła? Nie, to usta Lukrecji, gdy się ciebie dotknęły, nadały ci ów świetny blask purpurowy."
Ercole Strozzi pisał także o marmurowym Kupidynie, stojącym w komnatach Lukrecji, że gdy spojrzał na swoją panią, skamieniał. Jak pod wzrokiem Meduzy, tak wskutek jej wejrzenia zmienia się w kamień ten,
na kogo ona spojrzy, ale żar miłości tleje w nim dalej i z kamienia jeszcze łzy wyciska.
Alfonso zaczął być o Ercola już w latach 1505 i 1506 zazdrosnym, nienawidził go i podejrzywał, i — zdaje się — że już wówczas rodził się w nim. gniew, który miał we dwa lata później pociągnąć za sobą straszną tragedię:
Ów pocałunek, złożony na listkach róży danej Ercolowi, był jednak czymś zupełnie przelotnym i Alfonso nie miał powodu nim się niepokoić; w towarzystwie wszakże otaczającym księżnę znajdował się inny poeta uczony, który mógł zakłócić spokój domowy na f erraryjskim zamku, a był nim Pietro Bembo.
W bibliotece ambrozjańskiej w Mediolanie znajduje się zwój listów; które po różnych kolejach tam spoczęły. Listów tych jest dziewięć, siedem pisanych po włosku, dwa po hiszpańsku, a napis na nich: Al mio carissima M. Pietro Bembo, niemało każe się domyślać. Lukrecja się na nich podpisała: Lucretia Estense da Borgia; nie ma więc wątpliwości, od kogo pochodzą. Listy te wszakże pisane są ostrożnie, w wyrazach i zwrotach, które niekoniecznie każą przypuszczać, aby miał istnieć bliższy stosunek pomiędzy księżną a młodym Wenecjaninem. Don Alfonso nie byłby wszakże zadowolonym z dołączonych tam uciętych jasnych włosów i z poezji miłosnej, pisanej w hiszpańskim języku.
Możemy sobie wystawić, że Lukrecja czuła się osamotnioną na ferraryjskim dworze: męża nigdy nie kochała, do otoczenia, prócz kilku może kobiet, które ze sobą przywiozła, nie musiała żywić wiele zaufania. Do Piotra Bemby więc, w którym spostrzegła gorące ku sobie uczucia, mogła zapłonąć szczerą miłością. Że ta miłość istniała, dowodzą powyższe listy, gdy się je porówna z Ustami Bemby do A***, zamieszczonymi w zbiorze jego pism. Listy te pisane były do Lukrecji, a domyślać się można, że pośredniczką w korespondencji pomiędzy Bembą a księżną była piękna donzella, Angela Borgia, którą Bembo raz nazywa angelo intercessore, aniołem pośrednikiem.
Bembo miał nadzwyczaj ujmującą powierzchowność, przyjemny drgań głosu, był łagodny i miły w obejściu, z kobietami miał niewyczerpany temat rozmów, gdyż właśnie wówczas w Ferrarze pisał swoich Asolanich, których Lukrecji poświęcił. W stosunkach miłosnych dostatecznie był doświadczonym, gdyż w Wenecji wiązał go jeszcze w r. 1501 dawny stosunek, który wskutek oddalenia pomału się zrywał.
Gdy Bembo na wiosnę roku 1505 przejeżdżał z ojcem i ambasadą wenecką do Juliusza II przez Urbino, gdzie wówczas bawił po raz pierwszy, zwrócił na siebie szczególną uwagę tak rozumnej kobiety, jaką była Emilia Pia. Pisała ona, poznawszy go, że to człowiek, z którym się liczyć
trzeba, che veramente e homo da farne conto. W czasie swego pobytu w Mantui, także w r. 1505, sprawił na Izabeli jak najlepsze wrażenie i sam doniósł, że go tam bardzo honorowano, że był accarezzato et honorato.
Był to więc człowiek niepospolity, jak się to zresztą w przyszłości okazało.
We dwa lata po ślubie Lukrecji, w czerwcu roku 1503, zaczynają listy Bemby do księżnej tchnąć gorącym uczuciem. Bawił on wtedy w Ostalleto u Strozzich, którzy tam mieli willę z pysznymi ogrodami i bardzo cenną bibliotekę, będącą widocznie w wielkim zaniedbaniu, gdyż Bembo się skarżył, że myszy pogryzły okładki w dziełach Arystotelesa. Pisał nawet do kogoś ze znajomych w Wenecji, aby mu przysłał kilka egipskich kotów, które były znane jako wyborne do łowienia myszy. Dzisiaj z willi Strozzich i pięknych ogrodów nie ma ani śladu.
Trzeciego czerwca posłał Bembo księżnie z Ostalleto dwa sonety i przy tej sposobności donosił: „Żadnych nie mam nowości, mógłbym chyba opisywać to życie spokojne, tę samotność, ten cień drzew, te ustronia, które mi dawniej były słodkie i drogie, a teraz zdają mi się nudne i mniej piękne. Co to ma znaczyć? Czy jest czego złego początkiem? Chciałbym, aby Wasza Wysokość poszukała w swoich książkach, czy jej uczucia są zgodne z moimi. Polecam się tyle razy dobrej łasce Waszej Wysokości, ile jest liści w tym ogrodzie, na który spoglądam oparty o owe miłe, ełne świeżości okienko."
Wzmianka o książkach odnosiła się widocznie do książki hiszpańskiej z sentencjami i przepowiedniami, której się Lukrecja nieraz radziła.
Wiersze Bemby z owych czasów pełne są afektu dla księżnej, a pisał ich poeta tak dużo, że nawet idąc na polowanie więcej myślał o ułożeniu zgrabnego sonetu aniżeli o zwierzynie. W jednym z tych wierszyków unosi się nad Lukrecją, mówi, że jeżeli księżna weźmie pióro do ręki i poezje układa, to wtedy staje się do Muz podobną; jeżeli zaś piękną swą ręką dotyka się harfy, to instrument wydaje tak łagodne i miłe tony jak szmer fal Padu, a jeżeli tańczy, to tak lekko pląsa, że trzeba się obawiać, iż ją jakie bóstwo uniesie w przestworza i w nową jaką gwiazdę zamieni.
Bransoleta w kształcie węża, którą Lukrecja nosiła, posłużyła Bembie, podobnie jak Strozziemu, do napisania kilku heksametrów. Powiada on w nich, że gdy raz żmiję wrzucono w złotonośne wody Tagu, zamieniła się w złotego węża. Rzeka hiszpańska nie wiedziała zrazu, co począć z tym klejnotem, aż nareszcie znalazła godną kobietę, która by go nosić mogła, a tą kobietą była Lukrecja.
Księżna odpowiedziała Bembie na przysłane jej sonety namiętną hiszpańską kanconą, za którą się poeta również hiszpańskim wierszem
odwdzięczył, posyłając go jednak usprawiedliwiał się, że niedobrze włada językiem, i prosi ją, aby tych wierszy nikomu nie pokazywała.
Listy krążyły ciągle pomiędzy Ferrarą a Ostalleto; ósmego czerwca prosiła Lukrecja poetę, aby jej napisał jaką imprezę. Bembo uczynił zadość temu żądaniu w dwóch słowach Est animum (sic!), które dla nas nie są dość zrozumiałe. Treść listów musiała być coraz gorętszą, skoro w późniejszych swych przesyłkach nie śmiała się Lukrecja już podpisywać własnym imieniem, ale znaczyła je literami „F. F." Bembo zapewnia ją w jednym ze swych listów, że największe szczęście człowieka jest zamrzeć w sobie samym, a żyć w kim innym, w ukochanej osobie; gdzie Indziej nazywa ją „światłem swego istnienia" albo „całuje jej rękę, najpiękniejszą, jaką w życiu do ust przycisnął".
Na wsi było Bembie za nudno, przeniósł się do Ferrary, ale tam w pierwszych dniach sierpnia zachorował i musiał leżeć w łóżku. Lukrecja odwiedziła go i była długo u chorego. Nazajutrz pisał do niej: „Wasze odwiedziny odjęły mi to osłabienie, jakie zwykle przychodzi po febrze, od razu wyzdrowiałem, jakby po jakimś boskim lekarstwie. Jednym spojrzeniem i dotknięciem pulsu zdrowie mi zostało przywrócone, zwłaszcza że drogie mi i słodkie Wasze słowa były pełne miłości, wesela i pociechy, która życie obudza."
W kilka dni po tych odwiedzinach, 18 sierpnia 1503, umarł papież Aleksander VI, a w trzy doby po jego śmierci doszła żałobna wiadomość do Ferrary. Można sobie wyobrazić, że cios to był wielki dla Lukrecji, tym większy, iż nie mogła przewidzieć skutków, jakie zgon papieża wywrze na jej losy. Bembo całym sercem dzielił jej boleść, zrozumiał i odczuł jej obawy i troski, poszedł natychmiast do zamku, aby ją pocieszyć i uspokoić. Nie był jednak zadowolony ze swych słów, które musiały być niewymowne, bo szczere, więc nazajutrz pisał do niej z Ostalleto, aby się wytłumaczyć. Mówił, że gdy ją widział leżącą, zapłakaną, w czarne sukni, nie wiedział na razie, co powiedzieć, czuł raczej, że sam potrzebuje pociechy, widok jej zupełnie mu umysł zamącił. Pisał długi, namiętny list, radził Lukrecji zachować spokój duszy w tych ważnych chwilach i pocieszał ją, jak umiał, ale bardzo szczerze. „Bywaj mi zdrowa", State sana, tymi słowy zakończył swe pismo, pełne boleści. Jedno zdanie znajduje się przy końcu listu, które, jakby żałobna pochodnia, oświeca stanowisko Lukrecji na ferraryjskim dworze. „Ponieważ dzisiejsze okoliczności tego wymagają — pisze on — nie trzeba nikomu dawać do poznania, że Wasza Miłość płacze nie tylko za utratą dotychczasowego, ile z obawy o trwałość przyszłego szczęścia." To wyrażenie: ancora la stante vostra fortuna, dowodzi, że Lukrecja obawiała się, aby ze śmiercią papieża nie
zmieniło się jej stanowisko w Ferrarze, że nie była pewną ani miłości męża, którego co chwila nowe zajmowały miłostki, ani też przywiązania do niej starego Ercola I. A te jej obawy mogły być usprawiedliwione, gdyż nie miała potomstwa, nieszczęśliwy wypadek pozbawił ją dzieci po dwa razy i dopiero w pięć lat później, 4 kwietnia 1508, powiła Alfonsowi pierwszego syna. W tych ciężkich chwilach Bembo był może jedynym jej powiernikiem. Niepewność, jak się Estowie po śmierci ojca z nią obchodzić będą, była zupełnie naturalną. Lukrecja musiała się bowiem domyślać, że stary Ercole I cieszy się z powodu śmierci papieża. Właśnie w chwili kiedy Bembo niósł Lukrecji słowa pociechy, pisał książę list z Belriguarda do swego posła przy francuskim namiestniku w Mediolanie, do Giangiorgia Seregni, dziękując Bogu, że go uwolnił od tego papieża, od którego, mimo świeżych związków pokrewieństwa, nic dobrego spodziewać się nie mógł. Niechęć tę Aleksandra ku Ferrarze przypisywał Ercole głównie księciu Romanii, który Estów zawsze uważał za obcych i nigdy się im ze swoimi zamiarami nie zwierzał.
Bardziej plastycznie wyrażał swą radość z powodu śmierci papieża markiz mantuański pisząc do żony, Izabeli d'Este, 22 września 1503 z Isola Farnese, w pobliżu Rzymu, gdzie w głównej kwaterze armii francuskiej wówczas przebywał. Donosił, że papież zawarł był po śmierci swego poprzednika, Innocentego VIII, pakt z szatanem, na mocy którego sprzedał swą duszę i wpływ na ówczesne papiestwo. Diabeł gwarantował Aleksandrowi VI dwanaście lat życia na stolicy rzymskiej i dotrzymał mu przyrzeczenia z dodatkiem nawet czterech dni nad czas określony. W chwili też, kiedy Aleksander VI umierał, czekało już siedmiu diablików nad jego łożem, a gdy skonał, usta jego pieniły się jak wrząca woda w kotle. Zmarłego nikt nie chciał dotknąć z tego powodu, tak że grabarz przywiązał mu powróz do nogi i ciągnął trupa z komnaty papieskiej aż do grobu.
Było to zresztą powszechne podówczas przekonanie, że diabeł stawił się osobiście, aby odebrać duszę Aleksandra. Wieści te oczywiście doszły i do Ferrary i nie ułatwiały stanowiska Lukrecji, dziwić się też nie można, że w zupełnym opuszczeniu, w ciągłym niepokoju, coraz bardziej lgnęła do Bemby i że ich przyjaźń stawała się ściślejszą. Czwartego października zwierzał się jej Bembo pisząc: „Nie pragnę większego skarbu jak słowa, które wczoraj od Was słyszałem... płomień, który mnie objął, nie może silniej i jaśniej gorzeć." Lukrecja nie zdawała się zupełnie mu ufać i zabobonna, jak wszystkie ówczesne kobiety, radziła się karteczek, na których miała napisane prorocze sentencje. Chciała się dowiedzieć o losie swej miłości od pierwszej lepszej kabały, którą wzięła w rękę. Bembo już
był pewny jej wzajemności, odpowiedział jej bowiem, iż spodziewa się, że się sprawdzi jedno z tych hiszpańskich zdań: quien quiere amatar perro, spesso ravia le levante, że Lukrecja, chcąc zagasić jego szaloną miłość do niej, sama ulegnie tej miłości. I zdaje się, że kabała prawdę powiedziała, Lukrecja się broniła, ale miłość zwyciężyła.
Dziesiątego listopada musiał Bembo wskutek ważnych spraw domowych wyjechać z Ferrary i na pożegnanie posłał kilka słów Lukrecji nazywając ją „swym najdroższym życiem", a jak wszyscy zakochani, pozostawił jej w zastaw swe serce i prosił, aby z nim grzecznie i słodko się obchodziła, i modłom jej się polecał. Choroba ojca zatrzymała go aż do końca miesiąca, a gdy wrócił do Ferrary na czas krótki, musiał znowu opuścić Lukrecję z powodu śmierci swego brata, Karola, którego bardzo kochał.
W roku 1504 bywał jeszcze Bembo w Ferrarze, ale listy jego stają się ostrożniejszymi, a nawzajem Lukrecja nie zdaje się dowierzać dworskiemu otoczeniu. W drugiej połowie roku 1504 wyjechał Don Alfonso ze swoim sekretarzem, Pistófilem, i z licznym orszakiem dworzan do Francji, aby utrzymać dobre stosunki z dynastią, która Ferrarę głównie we Włoszech wspierała, i dalej śledzić rozwój artylerii, który go nad wszystko zajmował. Lukrecja została sama w zamku, gdyż stary, schorowany Ercole I bawił po największej części w Belriguardo. Jak daleko doszedł wtedy jej stosunek z kochankiem-poetą, nie wiemy.
W każdym razie rok 1505 staje się przełomowym w życiu Lukrecji, węzły, jakie ją łączyły z Bembem, musiały się rozluźnić. Przede wszystkim zaczęto się zanadto zajmować tym romansem, który w kołach dworskich nie był tajemnicą, gdyż wiedziały o nim, oprócz Angeli Borgii, jeszcze trzy panny dworskie, które Bembo nazywał w swych listach Polisseną, Climeną i Cintią. Wiedział o romansie Lodovico Ariosto i Tebaldeo, a Tito Strozzi napisał nawet dość niezgrabny epigram, w którym się wyśmiewa z sieci, w którą Lukrecja schwytała zakochanego w niej przyjaciela. Oto ów epigram:
AD BEMBUM DE LUCRETIA
Si mutatur in x. c. tertia nominis huius
Littera lux fiet quod modo luc fuerat
Retia subsequitur, cui tu haec subiunge parat que
Sic scribens: lux haec retia, Bembe parat.
Co więcej, stary Ercole I umarł 25 stycznia roku 1505. Alfonso został księciem Ferrary, stanowisko Lukrecji było przeto widoczniejszym i wymagającym dużo ostrożności. W dzień św. Pawła wręczył Alfonsowi