Dwór w Ferrarze (Chłędowski Kazimierz) str. 23

Sponsorzy:


alt
alt
alt
ferraryjskiej arystokracji, panowie z Corregio i Mirandoli, Strozzi, Bevilacqua i wielu innych przyłączyło się do poselstwa, które w pięćset koni wjeżdżało do Rzymu. Gdy Estowie przybyli do Watykanu, Lukrecja wyszła naprzeciw przyszłych swych szwagrów aż na schody i stosownie do francuskich zwyczajów nie całowała ich w twarz, ale tylko zaznaczała pocałunek braterski pochyleniem twarzy ku twarzy. Była wtedy ubrana w białą wełnianą suknię, złotem haftowaną, z otwartymi rękawami z białozłocistego brokatu, zrobionymi na sposób hiszpański z wycięciami. Na sukni miała okrycie z ciemnobrązowego aksamitu, obramowane sobolami, a na głowie upięcie z zielonej gazy, ozdobionej cienką złotą nitką i sznurami pereł. Perły miała także na szyi. Wyglądała czarująco, a jeden z Ferraryjczyków pisał, że kardynałowi Hipolitowi aż oczy błyszczały. „Al nostro cardinale Ippolito scintillavano gli occhi: ella e  donna seducente et veramente graziosa."
Ercole przysłał dla swej synowej nader kosztowne podarunki. Mówiono wówczas we Włoszech, że dom sabaudzki ma najpiękniejsze klejnoty na całym półwyspie. Ercole też pisał do Rzymu, „że nie jest wprawdzie tak bogatym jak książę sabaudzki, ale mimo to może dać Lukrecji równie piękne klejnoty jak te, które dom sabaudzki posiada". Papież nawzajem mówiąc z posłem Ferrary zanurzył rękę w szkatule pełnej pereł i powiedział: „Wszystko to dla Lukrecji, chcę, aby miała najpiękniejsze perły w całych Włoszech."
Z podarunków Ercola papież zupełnie był zadowolony, a El Prete, korespondent Izabeli Mantuańskiej, donosił swej markizie, że gdy papież otrzymał z rąk ferraryjskiego posła klejnoty, przeznaczone dla Lukrecji, cieszył się bardzo, pokazywał je kardynałom i kobietom, przykładał do ciemnego aksamitu, aby się piękniej wydawały. A były pomiędzy tymi kosztownościami przepyszne kolany, pierścienie, kolczyki, kamienie w artystycznych oprawach, a przede wszystkim naszyjnik z pereł rzadkiej piękności.
Chcąc się przypodobać papieżowi Rzym był pełen wesela. Watykan brzmiał od muzyki i tańców. Co wieczór bankietowano, a Aleksander z ojcowską próżnością zwracał uwagę Ferraryjczyków, jak jego córka pięknie tańczy, i podnosił jej wdzięk i rozum; opowiadał, jak dobrze rządzi w Spoleto, jak zręczną jest, gdy od niego chce wytargować jakieś ustępstwa. „Partia moja z nią nierówna — dodał — Lukrecja zawsze wygrywa." Wysoko także podnosił papież skromność i czyste obyczaje swej córki, co posłowie ferraryjscy potwierdzili, pisząc do księcia, że im dłużej się jej przypatrują, tym lepsze mają wyobrażenie o jej dobroci, cnocie i religijności.
 
Przed wyjazdem do Ferrary była Lukrecja bardzo zajęta przygotowaniami do podróży. El Prete odwiedził ją w dzień św. Szczepana. Siedziała w swej dużej sypialnej komnacie przy łóżku, a przy drzwiach stało ze dwadzieścia Rzymianek, ubranych a la romanesca, ze zwykłymi chustkami na głowach. Prócz tego z dziesięć panien dworskich czekało w pokoju na jej rozkazy. Dworskie donzelle nie sprawiły na ferraryjskich posłach wielkiego wrażenia, zdaniem ich, ferraryjskie panny zupełnie dorównywały pięknością Rzymiankom. Jedna tylko Angela Borgia chwyciła za serce przybyszów, a El Prete układał już sobie co do niej miłosne plany. Z początkiem karnawału tańczono co wieczór u Lukrecji. Uderzało to Ferraryjczyków, że na ulicach Rzymu od rana do wieczora było pełno zamaskowanych kortegian.
Ostatnie dni pobytu Lukrecji w Watykanie przeszły na ciągłych uroczystościach karnawałowych, na wyścigach, walkach byków, na graniu komedyj, na baletach i moreskach.
Szóstego stycznia wybrano się w drogę, papież darował swej córce piękną lektykę na dwie osoby i urządził cały pochód z największym przepychem. Cezar dodał siostrze honorową eskortę, składającą się z dwustu jeźdźców, z muzykantów i błaznów, aby Lukrecję po drodze rozweselali swymi żartami. Liczna zbrojna eskorta miała na celu ochronę orszaku ślubnego przed możliwym napadem ludzi Giovanniego Sforzy, którego zamachów się obawiano.
Pomiędzy kobietami towarzyszącymi Lukrecji znajdowała się także Adriana Orsini, dawna jej ochmistrzyni, tudzież piękna Angela Borgia której wdzięki opisywali poeci. Na sto pięćdziesiąt mułów i wiele na ten cel umyślnie sporządzonych dwukołowych wozów upakowano wyprawę Lukrecji, a osobiste jej otoczenie liczyło sto ośmdziesiąt osób.
Z Rzymu wyjeżdżała córka papieża po południu na białym rumaku, zdobnym w złoty rząd, ubrana w podróżną suknię ze szkarłatnego aksamitu i hermelinów, w kapeluszu z piórami na głowie. Wszyscy kardynałowie i posłowie obcych państw odprowadzili ją aż do Porta del Popólo, a cały orszak wynosił przeszło tysiąc osób.
Aleksander VI patrzył z Watykanu na odjeżdżających, dopóki ich z oczu nie stracił.
W ostatnich tygodniach swego pobytu w Rzymie przyczyniła się jeszcze Lukrecja do urzeczywistnienia jednego z gorących życzeń swego przyszłego teścia.
Wspomnieliśmy już, że Ercole I sprowadził do Ferrary z wielkimi trudnościami siostrę Łucję z Viterbo i że dla jej zakonu wpaniały klasztor wybudował. Miał jednak przełożoną, ale ilość zakonnic zdawała mu się
 
niedostateczną, przybyło tam wprawdzie kilka sióstr z Piacenzy i Brescji, a w Ferrarze wstąpiło do klasztoru kilka młodych dziewcząt, aby z czasem zostać zakonnicami, ale owe starsze zakonnice nie chciały się poddać władzy tak młodej przełożonej, jaką była siostra Łucja, i w klasztorze powstały kłótnie i spory bardzo dla niej bolesne. Ercole I postanowił więc sprowadzić z Nami i z Viterbo kilka zakonnic przyjaznych siostrze Łucji, aby w ten sposób stworzyć jej oparcie przeciw buntowniczkom. W tym celu polecił swemu posłowi, Bartłomiejowi Brescianiemu, aby się porozumiał z przeorem dominikanów w Viterbo i przywiózł siedem zakonnic do Ferrary. Przeor jednak odmówił temu żądaniu wymyślając, że nie dość, iż Ercole „porwał" im siostrę Łucję, ale chce jeszcze odebrać klasztorowi w Viterbo jego najlepsze siostry. Bresciani pojechał do Rzymu, aby rzecz poprzeć u papieża, i przybył tam 11 października 1501, właśnie kiedy Lukrecja przygotowywała się już do ferraryjskiej podróży. Poseł udał się wprost do przyszłej synowej swego księcia, która całym sercem zajęła się sprawą, aby się teściowi przypodobać. Po pierwszej zaraz audiencji u Lukrecji wyniósł Bresciani jak najlepsze wrażenie i pisał o niej do księcia, że jest „una madonna molto gentile et da bene et a resonare excellente", że bardzo miła, bardzo dobre sprawia wrażenie i wybornie się z nią rozmawia.
Lukrecja zaraz prosiła papieża, aby zadośćuczynił życzeniu Ercola, ale rzecz nie była tak łatwa, jak by się zdawało, gdyż messer Adriano, sekretarz Aleksandra VI, miał pewne wątpliwości, czy będzie można bez wielkiej szkody ogołocić klasztor w Viterbo aż z sześciu zakonnic. Messer Adriano postanowił jednak rzecz w ten sposób załatwić, aby Viterbo odstąpiło cztery, a klasztor w Narni dwie zakonnice. Lukrecja jednak nie pofolgowała, ale chciała w zupełności spełnić życzenie Ercola. Nalegała więc na papieża, tak że Aleksander VI kazał wysłać do Ferrary wszystkie sześć zakonnic z Viterbo, a prócz tego jeszcze dwie z Nami. Z kancelarii papieskiej wydano natychmiast brewe do gubernatorów powyższych dwóch miast grożąc klątwą tym zakonnicom, które by w przeciągu sześciu dni nie wybrały się w drogę do Rzymu, skąd będą wysłane do Ferrary. Poseł Ercola nie mógł się nachwalić energii, z jaką Lukrecja w tej mierze postępowała, aby tylko książę był zadowolony. Ale w Viterbo powstała wielka opozycja przeciw rozkazowi papieża; przeorysza klasztoru, Suor Diambra, inna zakonnica, Suor Leonarda, w towarzystwie dominikanina, brata Marcina, pojechały natychmiast do Rzymu, aby oświadczyć, że nie pójdą do Ferrary, tym bardziej że pomiędzy przeznaczonymi do podróży jest kilka młodych i przystojnych sióstr, a poważne ich rodziny obawiały się, aby im się co złego nie stało. Zakonnice wyrobiły sobie posłuchanie
 
u papieża, ale Aleksander VI przyjął je bardzo ostro i powiedział im tylko trzy słowa: siete mandate a Ferrara, jesteście przeznaczone do Ferrary. Papież jednak zapomniał tym razem, że ma do czynienia z kobietami, zakonnice były bardziej niż diabeł uparte, ustinate piu. che il diavolo; lamentowały przed Lukrecją, płakały przed generałem dominikanów, nachodziły Brescianiego, ale Lukrecja nie ustąpiła. Dwudziestego pierwszego grudnia donosił już Bresciani z Viterbo Ercolowi, że wszystkie zakonnice, których żądał, już są w Rzymie i „że ani jednej nie Wakuje". Ponieważ generał dominikanów nie życzył sobie, aby siostry odbywały podróż w towarzystwie wojskowej eskorty, więc Bresciani zapewnił go, że Lukrecja postara się o to, aby miały w drodze wszelką możliwą przyzwoitą opiekę. Poseł też Ercola sam tę wyprawę urządzał i sam zakonnicom towarzyszył. Sprawiono im płaszcze z płótna woskiem napuszczonego, aby w drodze nie przemokły, dano im muły i sporo rozmaitej żywności. Zrazu mówiono o tym, aby się przyłączyły do orszaku, który Lukrecji towarzyszył do Ferrary, ale Ercole sobie tego nie życzył: wyznaczył im wprawdzie tę samą drogę, którą miał jechać orszak ślubny, ale polecił zarazem, aby zawsze o dzień jeden Lukrecję wyprzedzały. Siostry były grymaśne, noiose, maggiordomo księżnej bardzo się na nie skarżył, szczęśliwie jednak dostawiono je właśnie wtedy do Ferrary, kiedy całe miasto przygotowywało się do przyjęcia córki Aleksandra VI. Ercole był uszczęśliwiony, że nareszcie miał z takim upragnieniem oczekiwane zakonnice; ale radość jego długo nie trwała, gdyż niesnaski klasztorne jeszcze się zwiększyły, tak dalece, że po kilku dniach pięć z przybyłych sióstr odesłano na powrót, zapewne z przyzwoleniem księcia.
 
III
Ferraryjscy posłowie zdawali często księciu sprawę z przebiegu podróży Lukrecji; dni były zimne, kobiety nie przywykły do konnej jazdy, więc kawalkata poruszała się bardzo powoli. W Spoleto, w Temi, w Foligno, wszędzie przyjmowano córkę papieża z wielkimi uroczystościami. Na dwie mile przed Gubbio przyłączyła się księżna Elżbieta z Urbino do pochodu, dla niej było przeznaczone drugie miejsce w tej lektyce, którą Aleksander VI kazał sporządzić. Dumna Montefeltro poniżała się, aby zabezpieczyć małe swe księstwo przed drapieżnością Cezara Borgii, ale jej zabiegi na nic się nie przydały: straszny syn papieski w kilka miesięcy później wypędził ją z tego Urbino, do którego tak była przywiązana. Elżbieta i jej mąż, Guidobaldo, musieli jako wygnańcy szukać schronienia
 
w gościnnym mantuańskim dworze. Księżna towarzyszyła Lukrecji aż do Ferrary, a z drogi doniosła tylko krótko Izabeli d'Este, że uważa za zbyteczne podróż opisywać, ponieważ wie, że El Prete dokładnie o wszystkim zdaje jej sprawę.
W Pesaro sto dzieci czerwono i żółto ubranych, w kolorach Borgiów, witało siostrę Cezara z gałązkami oliwnymi w rękach. Musiała się tam Lukrecja cały dzień zatrzymać, aby włosy umyć, a zapewne i na nowo farbować, jeżeli bowiem często nie powtarzała tej operacji, to ją głowa bolała.
W Cesenie przyjęcie było także bardzo wspaniałe. Witał ją tam generalny gubernator Cezara, anziani miasta, i orszak tysiąca ludzi, który ją odprowadził do bogatego pałacu Malatesty Novella wśród okrzyków tłumu, bicia dzwonów i strzelania z bombard. Tamtejszy poeta, Francesco Uberti, jeden z wielbicieli Cezara, opiewał w swych wierszach ową słynną chwilę, ciesząc się, że „skromna Venus", jak nazywa Lukrecję, zwycięży złośliwe i obelżywe obmowy.
Im bliżej Ferrary, tym smutniejszą była narzeczona, wiedziała bowiem o wszystkich targach, tyczących się jej osoby, wiedziała, że ją papież narzucił Ferrarze, w duszy musiała czuć upokorzenie. Posłowie donosili, że chętnie szuka samotności, że w Pesaro pozwoliła wieczór tańczyć swoim paniom, sama zaś pozostała we własnej komnacie. W Rzymie zostawiła swego synka, Rodriga, tam zostawiła wspomnienia swej burzliwej młodości, w Ferrarze obawiała się zimnego przyjęcia. Niepokoił ją także Sforza, który bawił w pobliskiej Mantui i groził wendetą. Aleksander VI polecił wprawdzie Ercolowi, aby Giovanniego miano na oku, ale mściwy Sforza mógł przecież wywołać jakieś zajście ubliżające Lukrecji.
Fizycznie znękana uciążliwą podróżą, moralnie przybita niepewnością przyszłości, zbliżała się Lukrecja do kresu swej wyprawy. Ale już w Castel Bentivoglio zaszedł fakt niespodziewany, który jej dodał otuchy. Alfonso przybył tam w przebraniu, aby ją powitać, poznać, zanim nastąpi wjazd uroczysty do Ferrary. Był on jej zupełnie obcym, nie ma nawet śladu, aby pisał do niej w czasie, kiedy się układało małżeństwo. W Castel Bentivoglio sprawili przyszli małżonkowie, w dwugodzinnej rozmowie, obopólnie dobre na siebie wrażenie. Lody zostały przełamane. Lukrecja przyjęła Alfonsa, według zapewnień jednego z obecnych, „z wielką uległością i gracją", a Alfonso odjechał także pocieszony, a zapewne i pod wrażeniem uroczej kobiety, która dotąd zawsze zwyciężała swym wdziękiem.
Drugie, mniej przyjemne spotkanie czekało Lukrecję w Malalbergo. Izabela Gonzaga, markiza mantuańska, siostra Alfonsa, wyjechała tam
 
naprzeciwko niej. Była ona od początku przeciwną temu małżeństwu, które się jej wydawało upokorzeniem rodziny Estów. „Z wesołą furią", jak pisała do męża, przyjęła swoją bratową, ale w czasie weselnych uroczystości nudziła się, ze wszystkiego była niezadowolona i pragnęła jak najprędzej wrócić do Mantui.
Uroczystości te były jedne z najwspanialszych w czasach Odrodzenia. Ercole nie szczędził kosztów, aby wobec obcych blaskiem swego,dworu zakryć to, co go bolało: wprowadzenie takiej synowej do starożytnego domu Estów. Ale Lukrecja ułatwiła mu to zadanie; jaśniejąca urodą, podbijająca serca wszystkich swą uprzejmością, zdawała się kłam zadawać wszelkim złośliwym wieściom, które o niej rozpowszechniano.
Wjeżdżała na białym koniu, przykrytym szkarłatną kapą, ubrana w suknię z czarnego aksamitu ze złotymi haftami, której szerokie rękawy sgadały w malownicze fałdy. Okrycie miała ze złocistego brokatu i gronostai, rozpuszczone włosy ujęte były w lekką siatkę, przybraną diamentami, podarunek Ercola I, szyję zaś zdobił łańcuch pereł i Tubinów, spuścizna po księżnej Ferrary. Profesorowie ferraryjskiego uniwersytetu nieśli nad księżną purpurowy baldachim.
Przed bramą Castel Tedaldo biały koń się spłoszył, przestraszony strzałami armatnimi, Lukrecja zsunęła się na ziemię, ale się zaraz podniosła. W owych zabobonnych czasach musiał ten wypadek dać powód do smutnych przepowiedni.
Orszak weselny był niezmiernie długi i barwny. Pochód rozpoczynali łucznicy na koniach, w kolorach Estów, białym i czerwonym, tudzież trębacze i piferary. Za nimi jechał Don Alfonso, otoczony ośmioma paziami i licznym pocztem ferraryjskiej szlachty. Miał na sobie żupan z czerwonego aksamitu, a na głowie czarny, aksamitny beret ze złotą agrafą. Gniady koń był przykryty karmazynową kapą ze złotem. Środek orszaku stanowiła Lukrecja, a za nią poważnie jechał książę Ercole I w czarnym, aksamitnym ubraniu, na koniu z rzędem również z czarnego aksamitu. Za Ercolem dwór Lukrecji, jej damy dworu i donna Adriana, owja ochmistrzyni i powiernica Aleksandra VI. Gdy orszak zbliżył się do placu przed zamkiem, dwóch linoskoczków zsunęło się z niesłychaną zręcznością na długich sznurach z wysokości wież zamkowych i powitało pannę młodą. Bez błaznów nie obeszło się w czasach Odrodzenia.
Na schodach pałacu czekała Izabela na Lukrecję i wprowadziła ją przy dźwiękach muzyki do sali tronowej, gdzie młoda księżna zasiadła wraz z mężem pod rozpiętą złocistą kotarą (capo cieló) i musiała wysłuchać długiej oracji. Sala była ozdobiona pięcioma ogromnymi kobiercami z jedwabiu, złota i srebra.