Kazimierz Chłędowski
DWÓR W FERRARZE
Część pierwsza
ROZDZIAŁ PIERWSZY
ZIEMIA I LUDZIE
I
Skromnym jeszcze korytem płynie Pad do Pawii, ale gdy tam nasycił się wodami Ticinu, gdy się wzmógł licznymi dopływami z Alp i Apeninów, gdy połknął Addę i Trebbię w okolicach Piacenzy i Cremony, staje się panem całej doliny lombardzkiej, nadaje jej odrębny charakter i tworzy z niej olbrzymi wachlarz, szmat urodzajnej ziemi, odżywianej coraz to nowym górskim namułem.
Klejnotami, które z dwóch stron ten wachlarz oprawiają, są z jednej strony Mediolan, Brescja, Werona, Padwa i Wenecja, z drugiej Piacenza, Parma, Modena, Bolonia i Rawenna. W środku dwa jeszcze szczególnie jaśnieją brylanty: Mantua i Ferrara. Jadąc na wiosnę środkiem tej doliny, ma się prawie wszędzie przed sobą jednostajny obraz jakby kraju nawiedzonego powodzią. Wszędzie wody się rozlewają, a na nich wędrowne ptactwo spoczywa w swej podróży na północ, z moczarów wychylają się olchy bez gałęzi o dziwacznych meduzich głowach, o pniach skarłowaciałych pod cięciami nożyc i siekiery, a tu i ówdzie wznoszą się smukłe topole, okrzesane aż do wierzchołków. Zeschnięte zwoje zeszłorocznego winogradu, które się smutnie drzew czepiły, albo sterczące badyle bladej kukurydzy nadają tym stawiskom charakter opustoszenia i zaniedbania. Jedynie tylko bujne, żółte kwiecie, które obsiadło całą powierzchnię, albo tu i owdzie uśmiechający się krzew brzoskwini zapowiada swym różowym oprószeniem, że owe wody błogosławionego Padu tylko tymczasowo tutaj sprowadzone, że z nich wyrośnie obfity plon ryżu i pszenicy, że tam, gdzie dzisiaj woda gnuśnieje, popłynie w jesieni zdrój wina o rubinowej barwie. Przyszłość w słońcu, w tym promienistym niebie, które mimo wszelkich żywiołów smutku i opustoszenia, jakie tkwią w tym krajobrazie, czyni go wesołym, bo olśnionym nadzieją. W miesiąc później, w maju, słońce zwyciężyło nad wodami, w powietrzu opar wilgotny, pachnący, a całe przestworze gra brzękiem owadów. Atmosfera drga błyskami mieniącego się
światła, które przedzierając się przez powietrze nasycone oparami, tworzy miliardy barwnych tęcz.
Jesienny obraz tych okolic może najpiękniejszy: wody ustąpiły do koryta Padu i do przerzynających całą dolinę kanałów; ciepłe, żółte i krwawo-brunatne barwy obsiadły przestrzeń, pomiędzy niebem a ziemią zawisło jakieś różowawe spokojne światło. Przyroda wytchnęła po pracy, żyje w kontemplacji. Kiście winogradu zwieszają się od drzewa do drzewa, pomiędzy nimi krzątają się ludzkie postacie w krasnych ubraniach, w białych, słomianych kapeluszach, a melancholijny osieł skubie suche zioła, nie troszcząc się o całe otoczenie. Na zagonach leżą tu i ówdzie wspaniałe dynie o dziwacznych kształtach albo już pług zaprzężony w cztery lub sześć dużych wołów o olbrzymich rogach wyrzuca czarne, tłuste skiby pod zimowy zasiew. Na płaskich dachach murowanych domostw, pomalowanych zazwyczaj czerwoną lub niebieską farbą, wiszą długie wieńce dojrzewającej w słońcu kukurydzy. Na kanałach wreszcie przesuwają się ciężkie barki wyładowane koszami winogron, płynąc powoli ku głównej arterii tutejszego życia, ku Padowi.
Kraj rolniczy, fabryk niewiele, kominy sterczą dopiero bliżej morza, w okolicach Bolonii, Rawenny i Ferrary.
W XV i XVI wieku wyglądała dolina Padu cokolwiek inaczej, gdyż wówczas jeszcze była pokryta tu i owdzie gęstymi lasami z liczną zwierzyną. Jelenie, sarny, zające kryły się po gąszczach, kuropatwy i bażanty po łozinach, stada dzików pustoszyły nieraz okolicę, a lis i niedźwiedź nie były tam rzadkością. Prawdziwą ozdobą pól były dzikie pawie. Benvenuto Cellini opowiada, że w r. 1540, nie będąc zupełnie zdrowym, chodził po polach graniczących z jednym z esteńskich pałaców. Były to pustki na mile rozległe, na których się gnieździło mnóstwo pawi w zupełnie dzikim stanie. Młody artysta nabijał więc swoją flintę prochem, który prawie nie sprawiał łoskotu, czatował na młode ptaki i codziennie jednego do kuchni przynosił. Cellini zapewnia, że mięso pawie było wyborne i że go szybko wyleczyło z wszystkich dolegliwości.
Wówczas, w początkach XVI wieku, nie można było jeszcze nazywać Włoch krajem, „w którym pomarańcze i cytryny kwitną", kultura bowiem słodkich pomarańcz (citrus aurantium dulcis) dopiero z początkiem XVI wieku została zaprowadzoną we Włoszech i w Hiszpanii. Klimat doliny Padu był dość ostry, rzeka często w zimie zamarzała, a o śniegach na ulicach miast tamtejszych często opowiadają kronikarze.
Jest pewien gatunek orłów rybołowów o drapieżnym spojrzeniu (aquila heliaca), które żerują nad wodami i po starych drzewach się gnieżdżą. Do tych orłów podobne rycerskie rody obsiadły wówczas ów kraj
błogosławiony i pobudowały sobie ogromne gniazda, zamki wrosłe głęboko w ziemię, otoczone fosami o przegniłej wodzie. Żeru było pod dostatkiem, bo w czasach, kiedy jeszcze z dalekiego świata mało zboża przywożono, kiedy Ameryka nie wspierała Europy, dolina Padu była dla Włoch niewyczerpanym śpichrzem, silny i zapobiegliwy lud nieprzebranym kapitałem pracy. Lud to był zdolny, geniusz wiał tam po głowach, a dolina Padu mnóstwo znakomitych wydała mężów. Materiał ludzki, powiada Carducci, kipiał tam ognistą wrzątką.
Największym gniazdem orłów-rycerzy znad dolnego Padu była w XV i XVI wieku Ferrara, położona tam, gdzie się potężna rzeka zaczyna rozlewać w mnóstwo ramion i tworzy bagnistą deltę; Gonzagi zawiesili się nad jeziorami Mincja w Mantui, pomniejsze rody Piów, Piców, Pallavicinich, Correggiów chroniły się za murami zamczysk w Carpi, w Mirandoli, w Corte Maggiore i w Correggio, niektóre wyszły aż na stoki Apeninów, jak Bojardy w Scandiano.
Jak wszędzie w dolinie Padu, tak i w Ferrarze toczyła się przez długie czasy walka pomiędzy wolnymi gminami, a możnymi rycerskimi rodami, dopóki miasta ostatecznie nie uległy. Lud ferraryjskiej ziemi, jak każdy lud rolniczy, spokojny, nie wprawny do bojów, nietrudnym był do pokonania. Ferraryjczyków nazywano we Włoszech żabami, siedzieli bowiem wśród rozlicznych kanałów i moczarów, gdzie najmilszą dla ucha muzyką było skrzeczenie żab, a największym przysmakiem żabia potrawka.
Quanto e felice dunque il ferrarese
U'canton d'ogn'intorno in mille tempre
Batter rane e ranocchi alle sue spese.
Ferraryjczycy odpowiadali, że nie tylko dobre u nich żaby, ale wina mają sławne, smaczne kiełbasy i salami. W lagunach zresztą, w Comaochio, znajdowała się niezliczona moc węgorzy, które marynowano i rozsyłano po całych Włoszech. Gdy później Eleonora Aragońska zaprzyjaźniła się z signorami z Rimini, posyłała im co roku marynatę ze stu węgorzy, a w zamian otrzymywała wyborne suszone figi. Dochód z węgorzy należał za dawnych czasów zapewne do gminy, później do margrabiów, a tak był znaczny, iż powszechnie mówiono, że kto tylko na jeden rok zdoła od rządu otrzymać prawo łowienia tej pokupnej ryby, ten staje się bogatym człowiekiem. Opowiadano sobie z końcem XV wieku o jakimś Bartłomieju di Orlando, który, przez krótki czas dzierżawiąc to prawo, zarobił 30.000 dukatów. W wodach Padu łowiono także jesiotry i wielki handel prowadzono kawiorem robionym z ich ikry. Zresztą warzelnie soli, wyrabianej z wody w lagunach pomiędzy Comacchio a miasteczkiem Adrią,
były wielkim bogactwem kraju. Za Ercola I donosił ambasador wenecki swemu rządowi, że książę ma rocznie 200.000 dukatów dochodu ze swych salin. Wenecja przeboleć nie mogła, że te laguny do niej nie należą, gdyż Ferrara w handlu solą z Orientem wielką jej była współzawodniczką. W ogóle Comacchio, dzisiaj opustoszała mieścina, miało epokę swojej świetności i ongi, ongi za czasów jeszcze bizantyjskich starało się nawet zostać rywalką Wenecji. Z tej świetności pozostało zaniedbane duomo i waląca się prawie campanile.
Wody Padu były wprawdzie bogactwem kraju, ale od czasu do czasu wyrządzały niezmierne klęski. Na architrawie jednej z bram ferraryjskiej katedry wyryty jest z głębi duszy tamtejszego ludu pochodzący napis:
Ab aquis multis libera nos, Domine.
(Od wielkich wylewów zachowaj nas, Panie.)
Na ziemi ferraryjskiej hodowano dużo bydła, zbierano dużo siana i roślin do farbowania wełny; podobnie bowiem jak w innych główniejszych miastach północnych i środkowych Włoch, przerabianie wełny l'arte delia lana stanowiło jedną z najdawniejszych i najważniejszych gałęzi przemysłu. Kobiety głównie się tkactwem zajmowały, a w Ferrarze równie jak gdzie indziej mówiono o zacnej kobiecie, że domu pilnuje i wełnę przędzie, domum mansit, lanam fecit. Sukna wywożono nawet do Anglii i Holandii, a w ogóle ludność Ferrary z dawna była bardzo przemysłową: robiono tam szpilki, igły, broń przeróżną, a garbarstwo skór prowadzono na wielkie rozmiary.
II
Zbliżając się do Ferrary widzi się już z daleka olbrzymi gmach o czterech szeroka obsiadłych wieżach, który się wznosi nad miastem i prawie całą dolinę przygniata. Castello to esteńskiego rodu, szerokie, groźne, ponure, sposobem budowania spokrewnione z zamkami Viscontich i Sforzów w Mediolanie i Pawii, z fortecą Gonzagów w Mantui, ale bardziej kształtne, powstałe według jednolitego planu. Budowa nosi na sobie cechę rządów, które tu panowały, rządów despotycznych. Ratusze we Florencji, w Sienie albo pałac dożów w Wenecji mimo swej powagi znamionują miejskie rzeczpospolite, przystępne dla ludu; zamczysko w Ferrarze, odgraniczone od miasta jak twierdza obronna, zapowiada z daleka bezwzględne panowanie miecza. Zamczysko budowane z cegły, bo w tych okolicach o kamień trudno, otoczone fosami, zapełnionymi gnuśną zielonawą
wodą, pożyczoną z pobliskiego Padu, która zdaje się ziać febrę wokoło. Tu; nad powierzchnią wody wyglądają w murach małe okienka więzień zakratowanych, wilgotnych, których mieszkańcy mieli za towarzystwo tylko węże i szczury. Wysoko nad owymi otworami dla jęku i westchnień widać piękne szerokie okna sal książęcych, gdzie się odbywały biesiady, festyny i gdzie tańczono nad głowami więźniów.
Na fosach były dawniej mosty zwodzone, dzisiaj mosty zwykłe łączą miasto z siedzibą prefekta i rozmaitych urzędów. Przedmurza otaczające fosy także za dawnych czasów nie istniały, nie siadali na nich spokojni Ferraryjczycy łowiąc ryby w zatęchłej wodzie. Jeszcze w roku 1506 stało się z tego powodu wielkie nieszczęście. Na ścianie castella wisiała żelazna klatka z więźniem w niej zamkniętym, a gdy tamtędy przejeżdżała signora Turchi Sacrati z czterema donzelami, furman tak się zapatrzył na to dziwne widowisko, że wraz z końmi i karocą wjechał do zamkowej fosy i część towarzystwa utopił.
Mury castella wyglądają zresztą już mniej ponuro aniżeli z końcem XIV wieku, kiedy zostały wykonane według planów słynnego budowniczego, Bartłomieja da Novara (1385). Czas i wpływy Odrodzenia je złagodziły, a po dwa razy większe w nich zaprowadzono zmiany, raz po pożarze z r. 1554, drugi raz po trzęsieniu ziemi w r. 1570. Ostatni osobliwie architekt, Alberto Schiatto, złagodził dawne formy, zniżył baszty, zaokrąglił, okrasił renesansowymi ornamentami okna i odrzwia. Wtedy znikły wspaniałe schody cordonata, którymi Estowie mogli konno wyjeżdżać na pierwsze piętro zamczyska, a i więźniom w podziemnych lochach było od roku 1592 weselej, bo z Flandrii przywieziono zegar, który wybijał godziny z muzyką z dzwonków, północnym zwyczajem, i umieszczono go na jednej z wież zamkowych di Rigobollo. Mimo tych zmian nie stracił zamek nic na swej potędze i dziwnie odpowiadał charakterowi książąt, którym służył.
Naprzeciwko dawnego zamku Estów stoi katedra, jeden z najoryginalniejszych gmachów we Włoszech. Osobliwie fasada, na którą się składały wieki, jest czymś tak fantastycznym, a zarazem tak harmonijnym i łagodnym ze swymi lombardzkimi lekkimi galeriami, że średniowieczna groza religijna zdaje się niknąć wobec tych murów. Kaznodzieje musieli tam więcej mówić o chrześcijańskiej miłości i miłosierdziu aniżeli straszyć lud piekielnymi mękami. Żaden malarz nie byłby się poważył przedstawie na tych płytach różowego marmuru tańca śmierci; były to ściany, na których można było umieścić chyba — Zwiastowanie. Wesele bije z tej fasady, osobliwie jeżeli słońce z niej wydobywa różowe tony. Główny portal szczególnie zajmujący: kolumny spoczywają romańskim sposobem na